wtorek, 29 października 2013

US RULEZ

Do artykułów spożywczych takich jak: napoje, nadziewane ciastka z musem owocowym, płatki śniadaniowe, żelki itp. dodawane są sztuczne witaminy, typowy zestaw to: A, C, E. W produktach mlecznych, dla wzmocnienienia witamina D.
Krawężniki są okalane kilkumilimetrową blachą, żeby się nie sypały, u nas bez tego i tak by się sypały.
Sygnalizacja świetlna dla pieszych - krótka instrukcja: białe światło lub "walking man"- można przechodzić, czerwona dłoń pokazująca stop - nie można przechodzić, chociaż i tak przechodzą, zupełnie jak u nas. Można przejść przez ulicę na czerwnej dłoni przed radiowozem i tak nie zatrzymują. W Polsce potrącenie z pensji minimum 50 zł. :-) Migająca czerwona dłoń, a czasem migająca czerwona dłoń plus licznik czasu 20 secund, można nadal przechodzić. Zatem kiedy można przechodzić przez ulicę w US-zawsze. Jest jednak wyjątek, przechodzenie przez ulicę o dowlnym znaku bez konsekwencji, musi się odbyć tylko i wyłącznie na przejściu dla pieszych. W innych miejscach raczej nie przechodzą, starają się przechodzić przez przejscia.
Oznakowania dla kierowców: jedyny europejski znak na ulicy to STOP, pozostałe są przeważnie napisami lub wręcz rysunkami, czyli: "one way" biały napis na zielonym tle, znak wycięty w strzałkę; "bus line" tak jak u nas pokazana droga autobusu plus możliwości skrętu (graficznie przedstawione), zakazy parkowania tylko pisemnie.

niedziela, 27 października 2013

22.10.2013, Wtorek, dzień 11

Wtorek ważny dzień dla Carli, bo to jej pierwszy dzień w pracy. Dla mnie kolejny dzień zmagań z trudną rzeczywistością tego miejsca. Jedziemy trzy stacje merta w stronę Manhattanu. Zanim jednak w stronę Manhattanu to najpierw w przeciwną, bo metro w kierunku od miasta zatrzymuje się na każdej stacji, a w kierunku Manhattanu, tylko na największych - prace remontowe. Na stacji Broadway Junction widzimy Punks not dead!  Dzwonię do kolejnej Polki - 550$ za pokój, za miesiąc, zatem wiemy że super tanio. Pani mówi przez telefon, że to blok przy stacji, zatem już idzie po nas. Okazuje się, że nawet podstawowych słów po angielsku nie rozumie, zatem rozmawiam z nią tylko ja. Wychodzimy do budynku, 4 windy bo to wieżowiec. Wjeżdżamy na 5 lub 6 piętro, wchodzimy od razu do pokoju. Całe pomieszczenie zagracone i łóżko pod ścianą, jak się okazało później nasza Pani tam śpi. Prowadzi nas do pokoju. Całkiem przytulny, ale za mały jak na dwie osoby. (Niektórzy z Was wiedzą, że potrafię się zorganizować w małych pomieszczeniach, ale nie dzieląc je z innymi osobami. Przepraszam Łukasz za to.) Wejście do łazienki zaraz przy pokoju. Odzielna kuchnia. Pani prowadzi nas na balkon - loggia - i mówi: "Czasem tu sprzątam." Rzeczywiście czasem, ponieważ 3/4 tej dość dużej przestrzeni zajmowały jakieś graty. Pokój przedzielony ścianką meblową, bo mieszkanie zajmuje też jakiś Pan. Pani  podkreśla, że nie mamy się czym przejmować, bo ona od 1 listopada, jak to stwierdziła "idzie na dom", domyślam się, że housekeeping with living in. Nie zmienia to faktu, że w mieszkaniu było mnóstwo rzeczy nie wiadomo do czego, jakby pozbierane z ulicy. Pana nie poznałyśmy dla ścisłości. Wychodzimy, bo to na pewno nie miejsce dla nas.
Jedziemy szybko do Times Square, bo Carla spieszy się do pracy. To jest pierwszy dzień od mojego przyjazdu, kiedy kropi, tak cały czas było słońce i temperatura zmienna od 18º do 12ºC.  Odprowadzam ją i idę zobaczyć wyższe partie Manhattanu, bliżej Cental Parku. Mijam przejście między budynkami w postaci fontanny. Przechodzę przez 5th Avenue, gdzie marki Versace, Dolce&Gabbana, Prada i inne fashion marki z całego świata mają swoje sklepy; są też małe butiki z zegarkami, gdzie jeden kosztuje tyle co dobrej marki samochód. Każdy sklep posiada swojego "door open guy", którego zadaniem jest otwaranie drzwi przed gośćmi sklepu, którzy wychodzą i wchodzą. Oczywiście pełnią też funkcję ochroniarza, ale ciekawe, czy muszą mieć przynajmniej 3-letnie doświadczenie w tym zawodzie?
Przechodzę koło wejścia do Central Parku, ale postanawiam nie wchodzić do niego, zostawić sobie zwiedzanie na inny moment. Na przeciwko Central Parku najdroższe hotele i apartamenty. Widzę w rogu ulic wielkie jabłuszko Apple. Znowu łamanie przez tę markę wszelkich reguł sprzedażowych. Sklep znajduje się pod ziemią, jakby wydrążony w niewielkim placu. Minimalizm konstrukcyjny, kręcone schody w dół i winda. Tłum ludzi, ponieważ wszystkie I Pody, I Pady, I Phony, I Maci, wystawione i można się pobawić. Tłum przy kasie, bo Apple jest tu dużo tańszy, nawet dla nas Polaków.
Następnie wskakuję do jednego z publicznych otwarych przestrzeni w biurowcu i siadam, aby porozmawiać przez Skype z rodziną, napisać posta do bloga :-). Po publikacji, wracam do domu, ale znowu przez 5 Avenue, ale skręcam w 49 Street przechodząc przez Rockefeller Center. Można pojeździć sobie na łyżwach w ekskluzywnej atmosferze baru za jedyne 27$ plus wypożyczenie 12$, już w październiku na otwartej przestrzeni, gdzie temperatura jest jeszcze powyżej 10º.
Idąc dalej sklep CBS, gdzie witryna sklepowa wypełniona jest misiami Ted - komedia z fantastycznym aktorem w roli głównej - Mark Wahlberg. Od razu przypomniałam sobie o Tobie Gerard, jak poznałeś humor tego filmu, choć głupawego to jednak wprost proporcjonalnego do absurdu, jaki nas otacza. Tym optymistycznym akcentem, zakończył się mój dzień.

21.10.2013, Poniedziałek, dzień 10

Poniedziałek zaczął się znowu od umawiania spotkań. Nasi współlokatorzy, tym razem włączyli cicho muzykę przez całą noc, też mi ulga.
W związku z tym, że rząd dogadał się co do budżetu, otworzyli SSN Department, tylko że w pierwszy dzień pracy po dwóch tygodniach zamknięcia, obsługa interesantów może wyglądać tragicznie, stwierdziłam, że dzień później, będzie lepiej się tam przejść. Zadzwoniła Pani Maria, że casting wygrał chłopak, tak więc odpadłyśmy i trzeba dalej próbować. 

Pojechałyśmy zobaczyć mieszkanie niedaleko Prospect Park. Jedna przecznica od stacji metra, nawet całkiem miło. Dom prawie na rogu ulicy. Otwiera nam Pan ubrany w tradycyjnie Żydowski strój plus pejsy z boku, zatem już nie wiem czy to Żyd czy Amisz :-), nieco już trochę leciwy. Puka do drzwi na parterze i otwiera nam młody chłopak. Przeprasza za bałagan, ale pakuje się, więc niestety inaczej nie będzie wyglądać. Długi wąski korytarz prowadzący do pokoju, zaraz przed wejściem do pokoju kuchnia. W mieszkaniu panuje mrok choć jest 15:00 i dodatkowo zapach stęchlizny, jakby pod podłogą była cały czas woda.
Wychodzimy szybko bo tam nie było co oglądać. Pan odbierając telefon od pozostałych zainteresowanych, pytał się o szczegóły dzwoniących, ponieważ miał wszystko skrzętnie zapisane.
Dzwonimy z polskiej strony i jedziemy w okolice Bensonhurst. Znowu oczywiście jakieś 30 minut później jesteśmy na miejscu, ponieważ to że jedziemy metrem, to nie oznacza wcale, że szybko znajdziemy się w punkcie docelowym. Po drodze mijamy sklepik ze szczeniakami!
Na miejscu otwiera nam Pani Grażyna, przedstawia się również jako Grace. Wchodzimy na górę, wszystko nowe, wyremontowane (Jedno co wiem na pewno, dotychczas nie widziałam zaniedbanego mieszkania, w którym mieszkają Polacy.), pomalowane, bez mebli, ale niestety Pani chce wynająć na rok. Teraz jest to na pewno nie możliwe, ale może kiedyś... Wracając do metra wchodzimy do "baru pizzowego", trzeba kiedyś spróbować prawdziwej amerykańskiej pizzy. Bierzemy niby taką zdrową z brokułami i szynką. :-) Wracamy do domu i przed wejściem na platformę metra, wizyta w toalecie na stacji - ponownie amerykańskie standardy - zaznaczam, że niepłatna.
Przypomina nam się, że możemy jechać w jeszcze jedno miejsce, bo jest niedaleko - Bay Ridge. Dzwonimy do Rosjanki, Natalie i ustalamy, że za godzinę będziemy, byłyśmy oczywiście za 1,5. Otwiera nam jej mąż i prowadzi nas na czwarte piętro. Wchodzimy od razu do aneksu kuchennego, po drodze łazienka i pokój, mieszkanie nam się podoba, choć znowu bez mebli. Dziewczyna wynajmująca mieszkanie wyprowadza się, bo straciła pracę, dowiadujemy się później od Natalie. Ona i jej mąż mieszkają w mieszkaniu podpiwnicznym. Przyjęła nas bardzo ciepło, tylko że znowu warunki umowy są podpisywane na rok. Mówimy, że jeszcze się zastanowimy.
Wracamy na nasze Bushwick i tuż przed naszą stacją mały pokaz umiejętności, taneczno - akrobatycznych. Chłopcy wracali ze szkoły i postanowili zebrać nieco jednodolarówek.
https://www.youtube.com/watch?v=kALIYNwHpKc&feature=youtube_gdata_player

20.10.2013, Niedziela, dzień 9

Oczywiście nie spoczełyśmy na laurach w poszukiwaniach mieszkania, zwłaszcza że nasi współlokatorzy ciężko pracowali prawie całą noc, żebyśmy czasami się tu nie zadomowiły. Całą noc grała muzyka plus telewizor. Rano na moment wyłączyli, ale tylko na chwilkę. Człowiek czuje się głupio, w momencie kiedy ma wejść do aneksu kuchennego, żeby zrobić śniadanie, bo leżą na kanapie, bo przecież to ich dom. Wychodzimy z tej ciężkiej atmosfery, plus niewyspane, wędrujemy na spotkanie z Panią Marią w celu wynajęcia pomieszczenia podpiwnicznego z kuchnią i łazienką na Maspeth. Mamy być na 14:00, jesteśmy jakieś 30 minut później, ponieważ metro M nie jeździło, więc były darmowe autobusy i do tego od przystanku spory kawałek na pieszo. Ulica domków, naciskam środkowy guziczek, bo nie wiem jak Pani Maria ma na nazwisko.  Otwiera mi Pan i pyta, czy na pewno byłam umówiona. Potwierdzam i prosi, żebyśmy weszły do mieszkania od strony podwórka. Mieszkanie w pół piwnicy (to już tłumaczyłam), bardzo małe, duża szafa w ścianie, aneks kuchenny wielkości średniego pokoju w blokach, łazienka, wszystko nowe, bo mąż wyremontował. Pani Maria, tłumaczy, że pokazuje mieszkanie a potem zdecyduje, kto zamieszka w mieszkaniu. Potrzebuje osoby spokojnej, bo jej dzieci się uczą i ciągnie dalej; wszyscy, którzy przychodzą tutaj chcą się już wprowadzać, jedna Pani już mierzyła, czy jej się kanapa zmieści. Zaraz mówi, że wczoraj był pijany Pan i kładł już pieniądze na stół. To wszystko powtórzyła Carli po angielsku. Mówię o naszej sytuacji, a Maria: My też tak otrzymaliśmy zieloną kartę i rzuciliśmy wszystko w Polsce i przyjechaliśmy tutaj. Najpierw mieszkaliśmy u wujka nad barem, potem przeprowadzaliśmy się w inne miejsca. Pomyślałam, że może pomoże nam skoro zna realia. Podkreśliła jednak, że najpierw zobaczy się ze wszystkimi i wtedy zdecyduje - swoisty casting. Maria swym ubiorem z mężem, przypominała parę z lat 90', myślę że zatrzymali się wraz z momentem przyjazdu do Ameryki. Musimy zatem czekać na decyzję Marii. Zdobywamy kolejną kartę "apteki" CVS, podobno najtańszej z tych wszystkich. Dzwonimy dalej by zobaczyć mieszkania, ale wszyscy przekładają spotkania na poniedziałek. Jedziemy, więc pozwiedzać tym razem Brooklyn - Prospect Park. Całe rodziny na spacerze, bardzo dużo Żydów, którzy nie kryją się ze swoją tożsamością. Niektórzy ubrani tradycyjnie, niektórzy nowocześnie, lecz z jarmułką na głowie, kobiety też mają jarmułki. Blisko znajduje się ogród botaniczny, lecz o tej porze roku daruje go sobie. Przed nami wielki gmach - Biblioteka na Brooklynie. Prowadzi przeróżne doradztwo, również w zakresie wiz i paszportów. Można przyjść i skorzystać z internetu, zapisać się na zajęcia tematyczne, niesamowite miejsce, bardzo prospołeczne. Obok biblioteki budynek "trójkąt" i Grand Armi Plaza - wielkość tych budowli powala. Powrót na Manhattan by zjeść z barze/sklepie. Bardzo dużo jest takich miejsc na Manhattanie. Na metalowych tacach, które znajdują się w ciepłej wodzie, cały czas podgrzewanej, serwują przeróżne dania gorące, w misach zanużonych w lodzie znajdują się owoce, warzywa, sałatki. Można spokojnie przebierać i nakładać sobie swobodnie do pojemniczków. Można też coś wybrać z gotowych dań, albo kanapkę na ciepło - deli, panini, hero. Ceny 100g wahają się znacznie w zależności od lokalizacji - od 7,49$ do 8,75$. Dla ceniących wystrój i spokój oraz swobodny dostęp do internetu, proponuję sieć Morton Williams - my jadłyśmy na West 157 Street między 6 a 7 Avenue, a dokładnie obok 6 i 1/2 Avenue. Dlaczego 6,5?, ponieważ budynek jest na przestrzał i można przejść z 157 Street na 156 Street, proste. Smacznie i naprawdę przytulne miejsce na szybki lunch.
Wracając do domu, nie można nie usłyszeć muzyki. Młody chłopak, oceńcie sami czy America's got talent?
https://www.youtube.com/watch?v=YBMw3fG027o&feature=youtube_gdata_player

19.10.2013 Sobota, dzień 8

Sobota, znów przeprowadzka. Jak wrócę do kraju to chyba będę ekspertem, bo przed wyjazdem do US też niejedno przeżyłam w tym temacie. Spakowałyśmy się i dokładnie o 12:00 "włoskiej pani" wręczyłyśmy klucze. Z 126 Street, Manhattan na Jefferson Avenue, Brooklyn, niedaleko metra J. W weekend zaczęły się prace remontowe w metrze w różnych częściach miasta. Windy dla niepełnosprawnych nie działały, zatem własna siła mięśni i napotkanych, miłych osób nieoceniona. Nowojorskie metro realizuje plan przebudowy, który ma trwać do jesieni przyszłego roku. Modernizacja ma zapewnić przede wszystkim łatwiejsze przesiadanie się między liniami i szybszą komunikację, może to odczuję. W nowojorskim metrze jest tylko kilkanaście stacji przystosowanych dla niepełnosprawnych. W większości przejazdy niepełnosprawnych realizowane są poprzez specjalne busy, które należą do komuniakcji Nowego Jorku. Jednak jest to naprawdę dziwne, ponieważ w Europie 90% stacji przygotowana jest dla niepełnosprawnych w ramach "łamania barier", tutaj nie jest to aż tak ważne, chociaż wszystkie chodniki przy przejściach dla pieszych są obniżone. Mijamy na Brooklynie stację Kosciuszko Street, nawet nie potrafię powtórzyć jak oni to wypowiadają - Polak zawsze będzie mówił poprawnie Kościuszko. Jeszcze jedno,czy przeciętny Amerykanin wie, kim on był?, pomijam wiedzę przeciętnego Polaka. Docieramy do naszego nowego domu. Clark pomaga nam z bagażami. Słysząc mój zachrypnięty głos, podaje mi czrną herbatę - ulepek, czyli bardzo słodką dla zdrowotności oczywiście (Amerykanie nie piją herbaty, jako napoju, ewentualnie Ice Tea.) Będąc bardzo miłym dla mnie, nie mogłam zgłosić narzekań. Potem przynosi mi dużą tabletkę, rozsypując przy tym kilka na podłogę, mam aż wyrzuty sumienia. Proszę, żeby pokazał mi opakowanie co to jest, przybiegł zaraz z opakowaniem mówiąc, że nie daje mi narkotyków. Przeprosiłam go za to, ale niestety zboczenie zawodowe, zmusza mnie do sprawdzenia. Otrzymałam od Clarka 1000 mg B12, tylko w Stanach takie dawki serwują tej witaminy, bo wchłanialność wynosi pewnie 10%. Znowu człowiek, chce być kulturalny i łyka to bez wpływu na obecny stan.
Emily zajmuje się projektowaniem ubrań, Clark produkuje własną muzykę. Emily miała urządzoną pracownię z maszyną do szycia. Otrzymałyśmy od niej poduszki z nadzieją, że później otrzymamy resztę łóżkowej bielizny. Zapytałyśmy się o internet, Clark odpowiedział że po jego powrocie ze sklepu wszystko nam powie i wyszedł z Emily. Nie spodobało nam się to, cóż było robić? Carla podeszła do modemu i wpisała hasło do WiFi. Nie działa, informacja "make a payment", nasi współlokatorzy nie opłacili dostępu. Wrócili z rolkami papieru toaletowego, ponieważ jego też nie było. Pytam Clarka ponownie, co z internetem, mówi: "Muszę wprowadzić nowe dane, za dwie godziny będzie, nie martw się". Czytaj: muszę zapłacić za niego. Postanawiamy wyjść, pytamy o klucze. Dostajemy mały kluczyk do pokoju by zablokować klamkę i informację, że będą w domu, zatem nie musimy się martwić oraz kod do drzwi wejściowych do budynku. Tysiące myśli w postaci twierdzeń i pytań przebiegło przez naszą głowę po wyjściu - czy zastaniemy bagaże?, czy nas wpuszczą?, będziemy spać na schodach, kupili rzeczy do domu za wynajem, zatem są bez pieniędzy i tym podobne.
Przeszłyśmy się po Manhattanie. Będąc na Manhattanie nie ma możliwości, aby nie posłuchać muzyki na któreś ze stacji. Przeróżne gatunki i ilość występujących, od solistów po grupy 5 osobowe. Wsiadamy do metra S łączącego tylko i wyłącznie Times Square z Grand Central. Drzwi się zamykają i dwóch chłopców prosi o wysłuchanie piosenki i tak mija krótka podróż. :-)
Po powrocie do domu, nie zastałyśmy lokatorów, więc dzwoniłyśmy do nich. Emily przybiega mówiąc, że są u znajomych i podaje hasło do internetu, które już znamy. Nie zostawili nam pościeli, więc dzwonimy ponownie, Clark odbiera i mówi, że pytał się wcześniej, czy czegoś nie potrzebujemy, nie wiedziałyśmy że trzeba mówić o oczywistościach.
Jak tu nie brać rzeczy z samolotu, kocyk tej nocy był niezbędny.

czwartek, 24 października 2013

18.10.2013 Piątek, dzień 7

Przeziębiłam się, Carla już dwa dni wcześniej miała problemy ze zdrowiem. Łatwo złapać coś tutaj, zwłaszcza, że na zewnątrz temeratura około 16º, na stacji metra 25º a w pociągu metra włączona klimatyzacja na 18º z powodu tłoku i do tego podobno chemikalia w klimatyzacji, żeby zabijało bakterie. 

Drugi raz szukamy mieszkania dla siebie. Carla pisała do kogoś z Craigslist.org, że chcemy wynająć pokój. Ktoś jej odpowiedział pisząc w mailu, że musi posprzątać tylko zanim przyjdziemy. Pojechałyśmy zobaczyć pokój znajdujący się nieco dalej od tego, co miałyśmy w tym tygodniu - gdzieś 157 Street East. Czekałyśmy na wiadomość dotyczącą dokładnego adresu, cóż bez odpowiedzi. Zatem pojechałyśmy sprawdzić kolejne miejsce - dzielnica Bushwick. Na szczęście miałyśmy numer telefonu tej osoby, więc było łatwiej się porozumieć. Krążymy jakieś 20 minut, by odnaleźć adres i jest, wyremontowany, schludny budynek. Wchodzimy od razu do aneksu kuchennego, wita nas czarna para: Emily i Calrk. Wysokie sufity, wszystko nowe i schludne. Bardzo sympatyczna para na pierwszy rzut oka - trochę wyprzedzam fakty, pytają się na ile chcemy zostać, co nas tu sprowadza, opowiadamy nasze przeróżne dziwne wydarzenia, w tle rozmowy gra dobra muzyka. Wchodzimy do pokoju, puste ściany, na podłodze dmuchany, dwuosobowy materac, przykryty kocem - 125$ za 7 nocy za osobę plus 10$ za internet. Decydujemy się, bo nie mamy już innych propozycji, nie mamy też czasu na szukanie, ponieważ musimy się wyprowadzić w sobotę do 12:00, a jest już 17:00.
W nagrodę za znalezienie mieszkania jedziemy na Times Square oraz zobaczyć się z Ewą, którą poznałyśmy w hostelu. Postanowiłam jednak wstąpić do wszystko-mającej apteki po aspirynę, bo naprawdę już bardzo źle się czułam. Aspiryna kilkunastu firm leży na półkach jak witaminy. Aspiryna Cardio 86mg, większa dawka 375mg na ból głowy i stan podgorączkowy, dawka 500mg tylko na noc na przeziębienie. Wybieram znany Alka-Seltzer w dwóch dawkach 375mg na dzień i 500mg na noc, pakowane razem. Do tego miód i cytryna w pastylce do ssania, na gardło prosto z Anglii i wychodzę zadowolona z zakupionych "baterii". (Musiałam coś z branży). Idziemy do ulubionej kawiarni Europa Cafe, gdzie podają normalną kawę a nie latte nawet kiedy prosisz o cappuccino. Siadamy, Ewa opowiada o zakupach w Apple, o swoich planach na przyszły tydzień, bo jest do 27 października NYC. Daje nam Cerutin i paracetamol, kolejne baterie. Opowiadam o swoich przeciwnościach losu i nieudolności amerykańskiej administracji.
Jeszcze zdjęcia z Grand Station w środku i flaga amerykańska na stacji, która jest dosłownie wszędzie, jak jakiś talizman na szczęście.

US RULEZ

Ciąg dalszy o kartach w aptekach: od końcowej ceny dla posiadaczy kart jest przewidzany rabat w zależności od rodzaju karty. Pisząc wcześniej, że w aptekach jest sprzedawane wszystko miałam na myśli również papierosy. Na opakowaniach nie ma ostrzeżeń, że palenie powoduje impotencję, raka płuc i szkodzi zdrowiu twoich bliskich.

17.10.2013 Czwartek, dzień 6

Połowa czwartku zeszła na walce z amerykańską administracją imigracyjną. Jak wcześniej pisałam zablokowałam konto  w systemie ELIS i musiałam poczekać 30 dni na odblokowanie. Zatem próbuje się zalogować, ale znowu informacja, że wprowadzone dane są już w użyciu. Postanawiam zadzwonić znowu. Tym razem system rozpoznaje numer i naciskam 2, żeby oddzwonili. Za dwie godziny oddzwonili i zaczęło się - literowanie adresu mailowego,  imienia i nazwiska, numerów sprawy, wizy, daty urodzenia. Po każdej danej "Please, hold on", 30 minut i otrzymuję informację, że za cztery dni zostaną usunięte z systemu dane. Boję się, że nie zdążę przed końcem wizy 22.10., ale z drugiej strony to tylko data ostatecznego przyjazdu do Stanów a nie całej wizy.
Umówiłam się z Michałem, żebyśmy się w końcu zobaczyli i żebym mogła przekazać pieniądze za płatność FEE zielonej karty.  Michał zobaczył pokoik i powiedział, że będzie trudno znaleźć coś tak dużego i dobrze wyglądającego. Trudno było rozmawiać z Polakiem po angielsku, ale było to koniecznością, żeby Carla mogła też uczestniczyć w rozmowie. Pojechaliśmy do centrum-centrum coś zjeść. Zamowiłyśmy sałatki w małym barze. Wybrałam z kozim serem - koszmar- kozim serem posmarowana była pita i na tym bardzo słodkie coś, musiałam to zdjąć z tej pity, bo to było tak słodkie, że aż mdliło - i to mnie :-). Pod pitą różne rodzaje sałaty z orzechami włoskimi i sosem z miodu. Zatem słodkie coś i miód, wymiękałam. Michał powiedział nam w jakich dzielnicach najlepiej szukać mieszkania. Powiedział też o polskiej stronie z ogłoszeniami o różnej tamatyce: Bazarynka.com. 

W sklepach można znaleźć wodę źródlaną POLAND SPRING- nie ma nic wspólnego z Polską, to tylko nazwa, bo jest pobierana gdzieś w Stanach. Najtańsza woda w sklepach, ale i tak trzeba zapłacić minimum 1,50$ za 0,5l, zdarzają się promocję, gdzie za taką butelkę jak na zdjęciu płaci się 0,99 cents.

środa, 23 października 2013

16.10.2013 Środa, dzień 5

Po jednym dniu eutuzjazmu, nastąpił znowu dzień, zastanawiania się nad sobotnią wyprowadzką. Nieustannie wysyłałyśmy zapytania o wynajęcie miejsca dla nas, na dłużej. Po kupieniu kilku rzeczy do wyczyszczenia miejsc w domu, które stanowią kluczowe miejsca używania, Carla zaprosiła do nas Sergio, chłopaka z Meksyku, którego poznała w hostelu. Sergio postanowił przeprowadzić się do hostelu bliżej Manhattanu.
Sergio wchodząc do nas stwierdził, że pokój jest na pewno lepszych niż w hostelu, nawet w jego hostelu. Postanowiliśmy, że pojedziemy zobaczyć Statuę Wolności z daleka, bo za darmo. :-) Względy finansowe bardzo nas ograniczały, ponieważ rejs na wysepkę kosztuje ponad 30$ i następne ponad 20$ za wejście na statuę, darmowa opcja nas bardziej przekonała. Wysiedliśmy na stacji Fulton St., żeby złożyć aplikację na Social Security Number, bo bez tego numeru w US trudno jest funkcjonować, podobnie jak w Anglii bez National Insurance Number. Wysiadając z metra 2 lub 3, budynek departamentu ma się na przeciwko stacji - 123 William Street, trzecie piętro. Wchodzę na drugie piętro i pytam kogoś z urzędników jak dotrzeć na trzecie piętro, bo weszłam od strony ruchomych schodów. Pan kieruje mnie do windy, wjeżdżam na górę i zamknięte, ponieważ nadal rząd nie dogadał się w sprawie budżetu. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, jeśli się dogadają, to kiedy wrócą do pracy. Dobrze, że pan był tak miły i powiedział mi, że jest zamknięte, zrobił to na pewno, żebym wiedziała na przyszłość. Nic nie załatwione.
Zatem pozostało cieszyć się miastem. Wycieczka przez Wall Street nad wybrzeże. Widać trzy mosty: Brooklyn, Manhattan, Williamsburg. Na wybrzeżu można wykupić zwiedzanie z lotu ptaka, helikopterem - cena około 150$. Dla wymagających są też helikoptery w postaci taksówek by dotrzeć na jeden z dachów licznych biurowców. Docieramy do miejsca, gdzie odpływa wodny, darmowy tramwaj na Staten Island. Poznajemy pracownika łodzi - Paula, który pyta skąd jesteśmy. Słysząc, że jestem z Polski, mówi: "Jak się masz, dobrze dobrze". Matka Paula polka, dziadkowie przyjechali do Stanów dawno temu, on sam nie zna już języka, pamięta tylko kilka słów, smutne. Carla wymienia się numerem telefonu z Paulem, bo obiecuje, że w weekend zabierze nas do bardzo dobrej restauracji, wyprzedzając fakty - nie zadzwonił i nie chciałyśmy.
Widok z daleka na Statuę Wolności i Manhattan. Podróż trwa około 20 minut. Wysiadamy i idziemy do pomnika, upamiętnianiającego tragedię WTC, osób które zginęły i mieszkały na Staten Island. Wypisane nazwiska, wiek i stanowiska, które zajmowali w pracy. Na niektórych tabliczkach przyklejone zdjęcia.
Wracamy na Wall Street. Siadamy w biurowcu, którego parter udostępniony jest dla wszystkich do godziny 23:00. W Nowym Jorku na Manhattanie jest kilkanaście takich miesjc z otwartym dostępem do WiFi. Zawsze jest tam przynajmniej jeden policjant. Carla i Sergio zaczęli się sprzeczać, jedno twierdziło, że Portugalski i Hiszpański są podobnymi językami, drugie widziało podobieństwo, ale nie do końca. To tak samo jakby rozpocząć dyskusję o tym, że czeski, słowacki są podobne do polskiego ale nie do końca. Oczywista oczywistość, cytując jednego ze współczesnych filozofów społecznych. Kolelny problem między nimi to wymawianie słów mających na początku literę H jak Harlem lub Harley - jak bardzo H jest bezdźwięczne. Zapytali się w końcu policjanta jak wymawia się te słowa i rozpoczęła się rozmowa. Skąd jesteśmy?, jak się poznaliśmy skoro jesteśmy z różnych stron świata? Powiedzieliśmy, że mieszkaliśmy wszyscy w hostelu na Canarsie i pan policjant oznajmił nam, że to niebezpieczna dzielnica, są rejony, gdzie jest ok, ale i tak nie jest uważana za spokojną dzielnicę. Dobrze, że dowiedzieliśmy się o tym po fakcie i mam nadzieję, że hostel znajduje się w jednym z tych spokojnych miejsc na Canarsie. Powiedział nam, że teraz Greenpoint jest bardzo modną dzielnicą, jeszcze dziesięć lat temu nikt z spośród zamożniejszych, nie myślał o mieszkaniu tam, teraz ma opinię: "There's lot of money". Polska dzielnica i taka dobra opinia. Wspomniał też, że Williamsburg to dzielnica, gdzie są bardzo dobre restauracje. (Dzielnicę widać z metra nadziemnego-czyli pofabrycze budynki przerobione na lofty.) Wskazał nam drogę do byka na Wall Street, który ma przynosić hossę na giełdzie - zdjęcia na dole, razem z Carlą i Sergio. Poszliśmy coś zjeść do restauracji pod złotymi łukami. W każdym McDonald'zie jest otwarte WiFi i bardzo dobrze działa, a że tutaj co kilka przecznic jest McDonald, nie ma problemu by połączyć się z siecią. Sergio pokazał nam, gdzie spędził ostatnie trzy i pół miesiąca. Wykupił Eurobilet ważny na trzy miesiące za 1098€ na pociągi z możliwością podróżowania po całej Europie, oprócz oczywiście bloku wschodniego z Polską włącznie, co rzecz jasna nie dziwi. Praktycznie był wszędzie - zazdroszczę bardzo - może kiedyś.

US RULEZ

Datę w Stanach pisze się: miesiąc/dzień/rok.
Na ulicach jedyny znak europejski to znak STOP. Reszta pisana jest słowami: one way, bus line.
Nie ma pojedynczych Snickers'ów, Mars'ów, Milky Way'ów są tylko w paczkach, pakowane po kilka sztuk.
Kawę pij tylko w Europa Cafe (nie należy do najtańszych), bo tam mają ziarna takie same jak my i jakoś smakuje, reszta to zmielone ziarna z krzakiem.

15.10.2013 Wtorek, 4 dzień

Rankiem obudzona śmiechem w hostelu, otrzymałam od Carli wiadomość, że w hostelu jest Polka, która mieszka w Londynie od pięciu lat. Wchodzę do salonu i witam się z nią - Ewa spod Wrocławia, przyjechała się rozejrzeć w kursach prawniczych pod kątem medycznym. Długo niestety nie mogłyśmy rozmawiać, ponieważ do 11:00 miałyśmy się wymeldować z hostelu do naszego super pokoju. Wymieniłyśmy się numerami telefonu i mailami. Historia z tureckim przyjacielem została przekazana wszystkim w hostelu.
Z bagażami pomógł nam Leonardo z Brazylii, który następnego dnia leciał do Los Angeles zobaczyć Disneyland. Wsiadamy do autobusu, przesiadamy się na metro tylko tam, gdzie jest dostępna winda dla niepełnosprawnych. Musiałyśmy się przesiąść z linii 4, która jest ekspresem na linię 2 lub 3 na stacji przesiadkowej niestety nie działały windy- czas przeciągania bagaży przez pół miasta trwało 1:45. Zdjęcia pokoju poniżej.
W nagrodę za przeprowadzkę wybrałyśmy się na zwiedzanie miasta. W planach: Times Square, WTC. Na Times Square mnóstwo turystów i "amerykańskich maskotek": cały Disneyland, Spiderman, Ironman, Superman, Batman, ulica sezamkowa, Tygrysek, statua wolnosci i to niejedna plus półnaga wymalowana kobieta (mająca jakąś kobietę alfonsa, która odbierała od niej wręczone przez ludzi pieniądze), półnagi cowboy.
Mężczyźni zapraszający na wycieczki autobusem, na Comedy Show i na inne atrakcje. Wszędzie światła, które robią ogromne wrażenie. Przechadzamy się wzdłuż 7 Aleji. Wsiadamy do metra i wysiadamy przy WTC. Wokół dawnych wież dość dużo policjantów. Wszystko zagrodzone i przysłonięte, ponieważ obecnie "Ground Zero" jest atrakcją turystyczną. Dla mnie osobiście jest to przesada, chociaż za zwiedzanie Oświęcimia też trzeba zapłacić. Jednak nie zmienia to faktu, że mam mieszane uczucia związane z popularyzacją tego miejsca, jako turystycznego. Niech każdy z Was sam oceni.
Dalej już tylko podziwiamy miasto nocą. 

US RULEZ

Nauki z poniedziałku.
Metro Card dla posiadających dokumenty stałego pobytu kosztuje o połowę mniej.
Na niektórych stacjach metra nie można zmienić strony na peronie. Trzba wyjść przez bramki i wyjść na ulicę i wejść wejściem na przeciwko.
Nie można gasić papierosa na kuble od śmieci stojacego na ulicy, a tym bardziej wrzucać peta do kosza. Uważane jest to za próbę podpalenia i trzeba liczyć się z mandatem. Trzeba rzucić niedopałka na ulicę, zatem już wiecie, że w środku miasta wygląda to strasznie.
Śmieci z restauracji w postaci wielkich toreb leżą na chodnikach, jak najbliżej ulicy, ale nie wieczorem jak w Anglii, tylko przez cały dzień, bo znoszone są tam od samego rana.

wtorek, 22 października 2013

14.10.2013 Poniedziałek, 3 dzień

Zapomniałam, że na wieczornym, niedzielnym spacerze widziałam Vivicę A. Fox - sprawdźcie.
Postanowiłam, że wstawię rubrykę: US RULEZ, czyli kilka faktów z życia w Ameryce.
Oto kilka mądrości, które nabyłam po niedzieli.
Sklepy o nazwie "Pharmacy" są supermarketami i sprzedawane jest wszystko totalnie wszystko, nie tylko leki, jak nazwa wskazuje, ale jest wyjątek - chleb. Najlepiej założyć kartę w każdej sieci, żeby móc korzystać z promocji typu: 2 for 3$, buy 2 get 3, dla posiadaczy karty cena 1.99 $ dla niewyróżnionych 2.99 $ i tak jak w Polsce zbiera się punkty. Jeszcze nie wiem, co jest za te punkty, ale prześledzę to.
Ceny na półkach podawane są bez podatku. Podatek doliczany jest przy kasie. Za produkty spożywcze trzeba dopłacić 8.875% podatku. Zatem końcowa suma za zakupy dziwi bardzo.
Za plastikową butelkę i puszkę doliczane jest 5 centów za tzw "bottle deposit". Dlatego na ulicy jest bardzo dużo zbieraczy butelkowo-puszkowych, jak w Niemczech.

Teraz o tym, co się działo w poniedziałek.
Na śniadanie zjadłam chleb tostowy, czyli puchate nic, bo to można jeść i jeść i nie czuć, że człowiek coś zjadł. I najważniejsze poznałam Carlę w hostelu. Najważniejsze, dlatego że towarzyszy mi w tych wszystkich przeżyciach. Postanowiłam poznać ją, bo nie wyglądała na turystykę, raczej na osobę, która ma plany związane z NY. Przeczucie mnie nie myliło. Okazało się, że szuka mieszkania tak jak ja i zaproponowała mi, żebyśmy połączyły siły w poszukiwaniach. Carla jest z Portugalii, dokładnie z Porto. Przyjechała do Nowego Jorku, bo to było jej marzenie od dzieciństwa. Pracę miała już "nagraną" dzięki kontaktom rodziny z właścicielem restauracji zaraz przy Times Square. Portugalczy mogą legalnie przyjeżdżać i pracować w US, a zieloną kartę mogą ubiegać się w czasie pobytu w Ameryce. Zostawiam to bez komentarza, dlaczego nie może być taka zasada przyjęta w przypadku Polaków...?
Carla pokazała mi stronę internetową, na której wszyscy mogą wrzucać ogłoszenia różnego typu - Craigslist.org Jeśli chcecie cokolwiek załatwić to tylko przez tę stronę.
Carla zaczęła dzwonić po ogłoszeniach, bo kupiła amerykański numer za "jedyne" około 45$ za miesiąc z limitem około 2000 minut wymienianych na smsy, bez dostępu do internetu. Karty pre-paid są tu dość drogie, a nawet bardzo drogie patrząc na cennik naszych operatorów. Umówiła nas z panem na zobaczenie pokoju-opis w ogłoszeniu-prywatny pokój za 375$ za miesiąc. Wcześniej zapytała, czy mogą w nim zamieszkać dwie osoby. Pan powiedział: Przyjedźcie obie to pogadamy. Zatem wyruszyłyśmy do dzielnicy na Manhattanie, dobrze znanej wszystkim- Harlem. Podobno już nie jest tak źle jak było kiedyś, natomiast Bronx nadal nie cieszy się dobrą opinią. 
Jesteśmy w okolicy 157 Street West. Im wyżej wchodzimy tym mniej entuzjazmu w Was, mając wizję wnoszenia bagaży na górę po wąskich schodach. Piąte piętro, otwiera nam chłopak z Turcji, jak się później okazało. Wchodzimy do aneksu kuchennego przez wąski przedpokój. Prowadzi nas do pokoju, w pokoju piętrowe łóżko i jeszcze jedno normalne. Na dolnym łóżku leży azjatka z zasłoniętą kurtyną z zadrukowanego materiału w zwierzątka. Odsłania kurtynę i z uśmiechem wita się z nami, pytając skąd jesteśmy. Pytamy naszego nowego znajomego z Turcji, gdzie będę spać ja. Kolega wskazuje mi łóżko w aneksie kuchennym. Zupełnie nie zauważyłam przechodząc do pokoju, że w aneksie jest taki sam zestaw łóżek jak w pokoju. Pomyślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej stamtąd wyjść, ale trzeba było grać kulturalną osobę z "Europy". Kolega usiadł jak Pan Domu na kanapie koło mebli kuchennych i wskazał łazienkę, która była tuż przy wejściu do domu. Czystość w niej pozostawiała wiele do życzenia. Wróciliśmy do niego by wysłuchać warunków wynajmu. Zasady przedstawiał bardzo wolno mówiąc i były następujące: On śpi ze swoim kolegą, studentem z Turcji, w jednym pokoju, pozostali tak jak widziałyśmy. Za pierwszy miesiąc nie 375$ za wynajem, lecz 400$ i 400$ depozytu, dopiero w pozostałych miesiącach 375$. Zapytał czy mamy swoje łóżka, odpowiedź była oczywista, więc musimy za nie zapłacić 25$ bezzwrotnie oraz 25$ bezzwrotnie za klucze do mieszkania. Jedna osoba jest odpowiedzialna za sprzątanie całego domu przez cały tydzień, jeśli odmówimy, wówczas zabiera nasz kolega 50$ z depozytu i przekazuje tej osobie, która zgodzi się posprzątać. Jeżeli taka sytuacja powtórzy się trzy razy wówczas trzeba opuścić mieszkanie. Zapytał nas, czy w domu jest czysto? Carla z poprawnością polityczną odpowiedziała, że brakuje ładu w domu. Kolega odpowiedział: No właśnie, ale jest czysto. Pomyślałam, że człowiek naprawdę jest za dobrze wychowany. W cenę za to mamy wliczone śniadania, bo pracuje w nocy, więc przychodząc do domu rano serwuje je wszystkim. Wskazał na lodówkę, żebym otworzyła i dopiero za trzecim razem powiedział "proszę", bo on nie miał zamiaru ruszać się z kanapy. Otworzyłam lodówkę i poinformował nas, że wszystko co się znajdowało na pierwszej półce jest do dyspozycji współlokatorów. Nawet nie pamiętam co tam było, bo już mnie mocno zdenerwował. Wspomniał też, że sprasza wszystkich znajomych raz w miesiącu i przygotowuje dla nich posiłek, oczywiście współlokatorzy są zaproszeni. Bardzo dziękuję, nie. Po przedstawieniu zasad domu, zaczął się wypytywać nas, czy palimy lub pijemy, skąd jesteśmy. Jak usłyszał, że jestem z Polski i nie piję, to zareagował nonszalandzko, że ja Polka! i nie piję? On ma znajomych Polaków i oni cały czas piją. Miałam powiedzieć, że ma znajomych pijaków. I mądrość życiową jaką nabył od nich to, że Polacy mają dni, w których nie piją, nie wiem skąd oni to wzięli. Raczej muzułmanie mają takie dni - Ramadan - Polacy? może nie znam tych dni. Zakończyłyśmy rozmowę- Damy znać Tobie wieczorem o naszej decyzji, znowu politycznie poprawnie.
Jadąc w kolejne miejsce by zobaczyć pokój, nie mogłyśmy się nadziwić temu co usłyszałyśmy. W metrze pękałyśmy ze śmiechu, tłumaczę go do dzisiaj, że upalony był od cracku.
Dotarłyśmy znowu na Harlem, po licznych pomyłkach w metrze. Tym razem nieco bliżej - 126 Street East. Z budynku wychodzi uśmiechnięta, sympatyczna Pani i pokazuje nam duży pokój z nowo wyremontowaną łazienką, bez kuchni, tylko z kuchenką mikrofalową i wejściem na podwórko. Pokój znajduje się w piwnicy, ale nie tak jak u nas, tylko pół piętro w dół. Decydujemy się, bo i tak nas mniej wyniesie wynajem niż mieszkanie w hostelu z sześcioma innymi osobami. Wynajmujemy do soboty, ponieważ później ktoś inny ma rezerwację. Opowiedziałyśmy Pani naszą historię z "kreatorem zasad". Okazało się, że Pani jest z Włoch i też podzieliła się z nami kilkoma historiami a propos wnajmu. Przestrzegła nas, że w mieście znajdą się osoby, które z miłą chęcią pomogą ale będą też takie, które będą tylko szukać okazji do oszustwa - jak wszędzie.
Zatem przeprowadzka.

13.10.2013 Niedziela, dzień 2

Obudziłam się o około 11:00. Na przeciwko mnie hinduski chłopak, do pokoju wchodzi azjatka, z łóżka nade mną wyskakuje podobno brazylijczyk. Hostel to doskonałe miejsce do poznawania ludzi z różnych stron świata. Szybka kąpiel i widzę, że właściciel hostelu sprząta, więc jak najszybciej trzeba wyjść i zobaczyć miasto marzeń. Przed wyjściem dostaję reprymendę, że zamknięta butelka wody leżała pod łóżkiem a nie w kuchni. Dość restrykcyjne zasady jak na hostel, patrząc na moje doświadczenie związane z bywaniem w takich miejscach. Potem okazało się, że David i jego dziewczyna przebywają w hostelu nieomal cały czas, a mieszkają piętro niżej. Nie wiem dlaczego cały czas są tam, ale może ze względów bezpieczeństwa.
Postanowiłam przejść się po Manhattanie. Mijając domki w kierunku metra, można już zobaczyć amerykańskie szaleństwo związane z świętem Halloween. Zdjęcie poniżej, później wstawię bardziej odjazdowe, ale jak będzie bliżej daty, bo naprawdę jest imponująco. ChinaTown idę dalej przez Soho, Noho i dalej na południe. Warszawa ze swoim żaglem może się schować, tu wszystko jest duże, wysokie. Pierwsze moje zdjęcie w malutkim parku, gdzieś na Manhattanie. Ludzie grają wokół na różnych instrumentach, każdy swoją muzykę. Dwóch czarnych bliźniaków robi show taneczne wciągając w zabawę zgromadzonych wokół nich. Wyciągają z tłumu azjatę, który nagrywa na smartphona całe przedstawienie. Pomimo, że już stoi w środku a jeden z bliźniaków stoi na przeciwko niego i mówi do niego, ten trzyma smartphona na wysokości twarzy i nadal nagrywa. Wszyscy zaczęli się śmiać. Zabrali mu telefon i poprosili kogoś z ekipy żeby dalej nagrywał, bo jak widać nie może się rozstać z telefonem. Wszyscy dobrze wiemy, że uwielbiają nagrywać i robić zdjęcia wszystkiemu. 
Dalej idąc przez ChinaTown widać tylko bazarki na ulicach, ogromny tłum i mnóstwo sklepów jubilerskich. Przykuwa moją uwagę budenek ze starym napisem jak fabryki w Łodzi - żydowski znak przemysłu w US. Soho, jak to w tej dzielnicy można się spodziewać - lofty i sklepy design'erskie, sklepy hand made. Podczas spaceru zgłodniałam nieco i weszłam do jakiegoś sklepu, wyglądającego jak mały supermarket. Przechadzam się między półkami, jest już 15:00, a ja nawet śniadania nie zjadłam. Docieram do lodówek, przecieram oczy i są PIEROGI, nie polish dumplings, tylko nazwa pierogi. Zaczęłam się śmiać do lodówki. Płacę pierwszy rachunek. Jednodolarówka w papierku, monety bez cyferek tylko z napisami quarter cents, five cents, one cent, one dime. Musiałam zgooglować tę nazwę - 10 centów. Na szczęście na całym Manhattanie nie ma problemu z free wi-fi.

Wracając do domu postanowiłam zobaczyć Chrysler Building. Trudno mi było go uchwycić całego, a zdjęcie wykonałam obok najstarszej stacji w centrum Nowego Jorku - Grand Station. W niedzielę wieczorem są już pustki w metrze, szczególnie w pociągu linii L, który zmierza na sam koniec Brooklynu.