niedziela, 20 października 2013

Dzień wylotu 12.10.2013, Sobota

Cały piątek poświęciłam na pakowaniu i układaniu zgrabnie ubrań w walizkę. Potem próba odprawy on-line, ale niestety była tylko dostępna na trasie Warszawa-Berlin, zatem i tak trzeba było odprawić się w normalnym trybie. Do samego końca szukałam miejsca, żeby gdzieś nie tyle co zamieszkać, ale przenocować, by nie być kolejnym mieszkańcem Central Parku. Udało się znaleźć hostel, jedyny z wolnymi miejscami, ale o samym hostelu nieco później.
Na lotnisku byłam już z Łukaszem kilka minut po 9 rano. Przeszliśmy do miejsca odpraw AirBerlin. Najpierw chcieliśmy sprawdzić wagę bagaży z ciekawości. Pani na stanowisku odpraw poinformowała nas, że bagaż odprawiany powinien mieć wagę 23kg a bagaż podręczny 8kg. Na stronie internetowej jest informacja, że bagaż podręczny może ważyć 10kg jeśli w środku jest laptop. Na stronie przeczytałam również, że bagaż odprawiany może mieć wagę do 32kg, nie wiem gdzie to przeczytałam, ale mój ważył 25,6kg. Dopłata za przekroczenie wyniosłaby 430zł, tego też nie wiem skąd ten cennik. Zatem jedynym rozwiązaniem było przepakowanie, ale nie do bagażu podręcznego, bo ważył już 9,2kg bez laptopa. Łukasz otrzymał kilka drobnych rzeczy z powrotem a waga i tak była 24,6kg i 8,6kg. Na szczęście Pani była miła i pozwoliła na taki nadbagaż bez dopłaty. Pożegnanie, łzy jak groch. Bramki sprawdzające i informacja, że samolot opóźniony o 20 minut. Byłoby wszystko w porządku, gdyby czas przesiadki wynosiłby przynajmniej 30 minut, ale czas przylotu do Berlina to 12:05 a BOARDING do NYC rozpoczynało się o 12:00, wylot 13:05. Ciekawa sytuacja a tu opóźnienie jeszcze, przynajmniej wykonałam ostatnie telefony pożegnalne.
Hasło BOARDING do samolotu do Berlina i wylatuję o 10:55, wysyłając jeszcze informację do hostelu, o której mają się mnie spodziewać, ponieważ o to prosili. Godzina lotu, który powywracał mi wszystkie wnętrzności, ponieważ jakieś wiry powietrzne były nad Niemcami i ląduję w Berlinie na lotnisku Tegel. Z autobusu patrzę czy zabierają moją walizkę osobno niż pozostałe, mając nadzieję że dotrze ze mną na miejsce. Wchodzę na terminal i rozglądam się, w którą stronę kierować się by dotrzeć na terminal B. W sumie to już biegnę i pytam się pracownika lotniska, w którą stronę dalej biec. Okazuje się, że trzeba wybiec z terminala przylotów by dotrzeć do tego właściwego. Na szczęście niemiecka precyzja i wszystkie znaki wskazują biegnij prosto. Wpadam 15 minut po 12:00. Pan prosi o dokumenty i przechodzę przez odprawę i wchodzę do samolotu jako jedna z ostatnich osób.
Widok wnętrza samolotu zachwycił i przeraził mnie jednocześnie. Po bokach dwa rzędy krzeseł na środku cztery rzędy. Wszystkie krzesła zajęte, przeważająca ilość Niemców i wizja 8 godzin lotu. W przypadku katastrofy ginie od razu 120 osób. 
Tablety przed oczami, słuchawki w uszach i wybieram film i czuję się jak bym wykupiła pakiet HBO - najnowsze filmy i te, które zwane są klasykami: Wielki Gatsby, Gorączka sobotniej nocy, Wielkie Wesele z Robertem DeNiro i Susan Sarandon i wiele innych naprawdę przyzwoitych tytułów. Do tego kilka najnowszych płyt oraz tych starszych i okazuje się, że tanie linie lotnicze mają lepszy repertuar filmowo-muzyczny niż nie jeden płatny kanał telewizyjny. Dodatkowo otrzymałam małą poduszkę i kocyk polarowy, cieniutki no ale zawsze. Przyznam się, że długo zastanawiałam się czy nie "przytulić" go na dłużej, walczyłam ze sobą i tak został ze mną.
Skacząc z jednego filmu na drugi widząc za oknem cały czas słońce, załoga szykuje się do pierwszego posiłku. Obiad złożony z czterech małych plastikowych pojemniczków jak lego, w których znajdowały się: makaron z sosem bolonese po jednej stronie pojemniczka i makaron z sosem szpinakowym po drugiej stronie, szwedzka sałatka, kawałek ciasta, filiżanka i woda w kubeczku, zamykana jak pasztet. Długi czas zastanawiałam się, czy ta woda jest do picia czy do mycia, jednak okazało się, że do spożycia. Po posiłku serwowana kawa, herbata, soki. Pierwszy "lego" posiłek był nawet dobry, ale drugi posiłek serwowany około 2.5 godziny po drugim, nie był już tak smaczny. Kawałek sera, zimny kotlet z przemilelonego psa z budą i sałata z oliwkami i oczywiście zestaw napoi. Na małym ekranie można było śledzić również trasę samolotu, zatem byłam w Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Bostonie, szkoda tylko, że w przestrzeni powietrznej. Z powodu tych wszystkich atrakcji spałam godzinę.
14:55 czasu amerykańskiego a o 9 rano czasu polskiego ląduję JFK Airport. 20 minut trwała podróż z pasa do te terminala i nie tak jak na polskich lotniskach podjeżdża autobus do samolotu i jedzie się 200 metrów, tylko był rękaw dla wysiadających. Za oknem piękne słońce, 25 stopni, wielkie przestrzenie i wielkie ciężarówki.
Przejście do miejca odpraw, kilkanaście okienek do sprawdzenia przyjeżdżających do kraju. Dla mnie przydzielone było okienko "Green Card Holders" i okazało się, że mnóstwo osób jest ich posiadaczami. Zanim jednak stanęłam w dość długiej kolejce, postanowiłam skorzystać z toalety.Nie byłoby w tym nic niesamowitego, ale jednak, nie wspominając już o tym, że 8,5 godziny nie korzystałam z samolotowej toalety. Zatem otwieram klapkę a tu wody prawie po brzegi, zmieniam kabinę to samo i czytam, że to "American Standard". Co więcej cała toaleta przypominała raczej publiczną toaletę w parku w latach 90' w Polsce niż toaletę na lotnisku. Skoro to jest amerykański standard... Najważniejsze to działanie ubikacji w amerykańskim standardzie.  Wszystko co się znajdzie w środku ubikacji zostanie wyciągnięte z wodą do środka, a potem wlewa się czysta woda po brzegi. Nadal się przyzwyczjam. :-)
Wracając do kolejki, zauważam się że każdy przyjezdny, nawet Amerykanin przechodzi przez sprawdzenie w postaci położenia lewej i prawej ręki na czytniku i zrobienia szybkiego zdjęcia. Pan pracujacy na tym stanowisku wyglądał na bardzo znudzonego, jakby prosił o to żeby coś się wydarzyło. Kolejką przy tych okienkach zawiadamiała czarna, bardzo duża pani, taka typowa, gruba, czarna, głośna amerykanka, jakie widujemy w telewizji. Po dłuższym oczekiwaniu podchodzę do znudzonego pana i podaję kopertę, którą otrzymałam w ambasadzie. Czekając na pytania z jego strony, tak gdzieś wyczytałam, okazuje się że prosi mnie bym poszla za nim. Zmierzając wzdłuż okienek odpraw za urzędnikiem ściągnąłem na siebie wiele spojrzeń, już wyobrażam sobie, co sobie pomyśleli - deportują ją. Pokierował mnie do osobnego pomieszczenia, gdzie czarny pan poprosił bym usiadła i poczekała. Otworzył kopertę powbijał kilka pieczątek i poprosił mnie o podejście i podpisanie, wraz z odciskiem palca. Karta wsunięta była w metalowy szablon, który posiadał wycięcia na podpis i na odcisk. Pan uśmiechnął się i powiedział: " welcome, all you need is now is security number and you can go to work" i koniec sprawdzenia. Szybkim krokiem zmierzałam po walizkę z nadzieją, że nie poleciała gdzieś indziej, jak to z moim szczęściem bywa i nie będę musiała pytać się o nią w jakimś okienku, bo za długo krążyła po taśmie. Na szczęście była cała i niezniszczona.
Przejście z bagażem przez kolejne okienko z kartką dotyczącą podatku i miejscem zamieszkania. Otrzymałam ją w samolocie. Jest prawie dostępna w każdym języku w miejscu sprawdzenia pasażerów.
KARTA CELNA
Przejście do hali.
Kolejne zadanie to wydostanie się z lotniska-mapa w linku.
MAPA JFK AIRPORT
Wsiadam do pociągu "Air train", który wiezie mnie do stacji, gdzie odjeżdża Metro po europejsku, SUBWAY po amerykańsku. Zgodzie z mapą każdy terminal połączony jest wewnątrznym pociągiem by poruszać się między terminalami oraz zewnętrznym pociągiem, który łączy terminale z miastem. Wysiadam i myślę, że płatność ominie mnie za tą podróż, ale widzę bramki i automaty do płatności. Automaty przyjmują gotówkę od 50$ w dół, ze stówą w kieszeni nie zapłacisz i pozostaje karta kredytowa. 
Automat skasował 6$ ponieważ nie posiadałam karty - Metro Card. Przed wejściem do metra kolejne bramki, tym razem proszą o płatność za Subway, zatem trzeba doładować kartę kupioną wcześniej i uwaga,jeśli włoży się 20$ to nie ma możliwości załadowania karty za 10$ nawet jeśli wcześniej nacisnęło się niższą kwotę. Nie wydaje reszty, jeśli włoży się większy nominał. Tak się robi pieniądze w Stanach i nie ma co szukać polskich napisów w automatach, szybciej odnajdzie się Korański.
Mapa nowojorskiego metra to raczej siatka linii autobusowych w Warszawie:
MAPA SUBWAY NYC
Wsiadłam do J i na Broadway Junction walizę przyciągam przez schody, bo windy nie było i wsiadam do L. Obie linie biegną ponad ulicami i rozpościera się obrazek domków i wielkich reklam nad wejściami do sklepów. Wszędzie dachy i graffiti w każdym możliwym miejscu. Ostatnia stacja linii L- Canarsie Rockaway Pkwy, bo w tamtym kierunku znajdował się Hostel. Wysiadłam i znalazłam się w samym środku czarnej dzielnicy domków. Mijają mnie duże samochody z włączoną muzyką bardzo głośno by każdy mógł usłyszeć jaki rodzaj muzyki lubi właściciel. Widok naprawdę niesamowity, jakbym znalazła się w środku amerykańskiego filmu. Mijam kilka przecznic tutaj BLOCKS i jestem u celu o 18:45. Byłam w kilku hostelach w Europie ale ten na pewno nie należy do czołówki i na pewno nie jest hostelem w pełni tego słowa znaczeniu. Żadnego napisu na domku, że tu znajduje się hostel. Naciskam przycisk, myśląc, że to trzeci od góry i rzeczywiście trzeci. Otwiera mi czarny chłopak David, bardzo miły, opowiada o dzielnicy, środkach transportu i przedstawia reguły hostelu wreczając mi kopertę, abym zapoznała się z jej zawartością. Przeczytałam o jakiś kolejnych regułach i zabrałam klucze. Uregulowałam pozostałą należność za nocleg i udałam się do mini pokoju, gdzie znajdowały się 4 łóżka piętrowe i jeden metr kwadratowy przejścia do łazienki. W hostelu do dyspozycji był cały pokój z ogromnym telewizorem i play station oraz kuchnia. Hostel przypominał raczej mieszkanie w domku, które zostało przerobione na hostel. Czystość w hostelu raczej względna, ale jak to mówi moja serdeczna koleżanka zniekształcając jedno z polskich mądrości: "Jak się nie ma co się ma....". Przed wyjazdem do Stanów przeczytałam, że w Nowym Jorku jest dużo takich "cichych hosteli", które nie są do końca legalne i policja robi naloty na takie miejsca. Obawiam się, że w takim byłam, ale można zamówić nocleg poprzez serwis HostelBookers:
ADVENTURE HOSTEL JFK
Zatem mam nadzieję, że przynajmniej posiadał minimum legalności, ale nie polecam. Lepiej zamówić wcześniej coś bliżej Manhattanu, niż być tak naprawdę w tzw. Guest House i dojeżdżać do centrum półtorej godziny. Teraz to wiem, ale zamówienie hostelu dzień przed wyjazdem skutkowało wyborem bez wyboru, wszystko było zajęte.
Po morderczym dniu zasnęłam o 20:00 czasu NY, więc po zmianie czasu byłam wykończona.

3 dni przed....

Po wczorajszym komunikacie, że połączenie z doradcą nastąpi za około 90 minut, postanowiłam, że wykonanie telefonu z samego rana skróci czas oczekiwania. W tym momencie należy napisać pewne wprowadzenie.
Zgodnie z otrzymaną informacją na spotkaniu w ambasadzie, należy wnieść opłatę za Zieloną Kartę w wysokości 165$ z amerykańskiego konta przed przyjazdem do US. Niestety ma problem ta osoba, która nie posiada rodziny a tym bardziej znajomych w Ameryce. Oczywiście jest możliwość wyrobienia Karty American Express w Polsce przez angielski bank, który zawiera umowę z amerykańskim bankiem, ale nawet nie chciałam przyglądać się tej procedurze. Pomyślałam tylko i wyłącznie o Michale, który mieszka w Nowym Jorku a nasza znajomość rozpoczęła się dzięki mojej współlokatorce z czasów studenckich.
W celu wykonania płatności nie wystarczy amerkańskie konto, należy założyć konto na stronie internetowej urzędu imigracyjnego - ELIS.
Https://elis.uscis.dhs.gov/cislogin/login 
Dzięki mojej nieomylności zablokowałam je wpisując złe hasło i nie pamiętając odpowiedzi na pytania, które mają podobno pomóc w odzyskaniu dostępu do konta, mnie jakoś nie pomogły. Jedyny sposób odblokowania konta to wykonanie telefonu do Ameryki. Zatem taki telefon wykonałam i nawet system umożliwia pozostawienie swojego numeru telefonu, wówczas oddzwonią, jeżeli jest długi czas oczekiwania i zapewniają, że dzięki tej metodzie kontaktu nie straci się kolejki. Niestety system nie przewiduje pozostawienie zagranicznego numeru, co jest oczywiste, przecież to urząd immigracyjny, dzwonią tylko ci którzy są immigrantami w Ameryce. Jak wcześniej wspomniałam dzień przed około godziny 16 czasu amerykańskiego należało poczekać 90 minut. Skoro zaczynają o 8 rano to o 14 czasu polskiego czekałam na głos w słuchawce, iż powie że czas oczekiwania wynosi 15 minut, głos powiedział 4 minuty, które tak naprawdę przeciągnęły się do ponad 60. Pan w słuchawce sądząc po akcencie był z Indii i poinformował mnie, że muszę poczekać 30 dni na skasowanie danych. Przerywając panu natychmiast w połowie zdania, zdenerwowana powiedziałam, że nie mogę tak długo czekać, bo zaraz wylatuję do Stanów. Przy czym on spokojnie ze swoim indyjskim akcentem: "Don't worry. You have got visa, you can pay later". Kończąc, że za 30 dni od dnia zablokowania będzie można założyć nowe konto. Zaufałam Panu.
W tym dniu sprawdziłam również mój lot i możliwość odprawy on-line. Przekona, że wylot będzie o 12 z Warszawy byłam spokojna. Uczucie uspokojenia skończyło się, ponieważ przeczytałam, że o 12:00 to ja mam przesiadkę w Berlinie. Zatem 12 października o 10:40 wielki skok Zająca na Stany samolotem "LUFTWAFFE ", czyli AirBerlin.