wtorek, 22 października 2013

13.10.2013 Niedziela, dzień 2

Obudziłam się o około 11:00. Na przeciwko mnie hinduski chłopak, do pokoju wchodzi azjatka, z łóżka nade mną wyskakuje podobno brazylijczyk. Hostel to doskonałe miejsce do poznawania ludzi z różnych stron świata. Szybka kąpiel i widzę, że właściciel hostelu sprząta, więc jak najszybciej trzeba wyjść i zobaczyć miasto marzeń. Przed wyjściem dostaję reprymendę, że zamknięta butelka wody leżała pod łóżkiem a nie w kuchni. Dość restrykcyjne zasady jak na hostel, patrząc na moje doświadczenie związane z bywaniem w takich miejscach. Potem okazało się, że David i jego dziewczyna przebywają w hostelu nieomal cały czas, a mieszkają piętro niżej. Nie wiem dlaczego cały czas są tam, ale może ze względów bezpieczeństwa.
Postanowiłam przejść się po Manhattanie. Mijając domki w kierunku metra, można już zobaczyć amerykańskie szaleństwo związane z świętem Halloween. Zdjęcie poniżej, później wstawię bardziej odjazdowe, ale jak będzie bliżej daty, bo naprawdę jest imponująco. ChinaTown idę dalej przez Soho, Noho i dalej na południe. Warszawa ze swoim żaglem może się schować, tu wszystko jest duże, wysokie. Pierwsze moje zdjęcie w malutkim parku, gdzieś na Manhattanie. Ludzie grają wokół na różnych instrumentach, każdy swoją muzykę. Dwóch czarnych bliźniaków robi show taneczne wciągając w zabawę zgromadzonych wokół nich. Wyciągają z tłumu azjatę, który nagrywa na smartphona całe przedstawienie. Pomimo, że już stoi w środku a jeden z bliźniaków stoi na przeciwko niego i mówi do niego, ten trzyma smartphona na wysokości twarzy i nadal nagrywa. Wszyscy zaczęli się śmiać. Zabrali mu telefon i poprosili kogoś z ekipy żeby dalej nagrywał, bo jak widać nie może się rozstać z telefonem. Wszyscy dobrze wiemy, że uwielbiają nagrywać i robić zdjęcia wszystkiemu. 
Dalej idąc przez ChinaTown widać tylko bazarki na ulicach, ogromny tłum i mnóstwo sklepów jubilerskich. Przykuwa moją uwagę budenek ze starym napisem jak fabryki w Łodzi - żydowski znak przemysłu w US. Soho, jak to w tej dzielnicy można się spodziewać - lofty i sklepy design'erskie, sklepy hand made. Podczas spaceru zgłodniałam nieco i weszłam do jakiegoś sklepu, wyglądającego jak mały supermarket. Przechadzam się między półkami, jest już 15:00, a ja nawet śniadania nie zjadłam. Docieram do lodówek, przecieram oczy i są PIEROGI, nie polish dumplings, tylko nazwa pierogi. Zaczęłam się śmiać do lodówki. Płacę pierwszy rachunek. Jednodolarówka w papierku, monety bez cyferek tylko z napisami quarter cents, five cents, one cent, one dime. Musiałam zgooglować tę nazwę - 10 centów. Na szczęście na całym Manhattanie nie ma problemu z free wi-fi.

Wracając do domu postanowiłam zobaczyć Chrysler Building. Trudno mi było go uchwycić całego, a zdjęcie wykonałam obok najstarszej stacji w centrum Nowego Jorku - Grand Station. W niedzielę wieczorem są już pustki w metrze, szczególnie w pociągu linii L, który zmierza na sam koniec Brooklynu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz