Czwartek przeszedł leniwie i dalej spełz na poszukiwaniach mieszkania. W domu Emily i Clarka pojawiła się, jakaś dziewczyna. Okazało się, że to koleżanka Emily z Teksasu, która zostawiła rodzinę i postanowiła przenieść się do Nowego Jorku na jakiś czas, oczywiście imigracja za pracą. Clark nie rozmawiał z tą dziewczyną, jak zauważyłyśmy i wciąż kłócił się z Emily o nią, trudno powiedzieć o co dokładnie chodziło. Nasi gospodarze całe dnie przesiadywali na kanapie. Tylko raz widziałyśmy, jak Emily rysowała, a Clark siedział przy swoim "jabłuszku" i śpiewał do mikrofonu. Gospodarze nie pracowali nigdzie, więc desperacko potrzebowali kogoś do pokoju, żeby mogli zapłacić rachunki. Zwłaszcza, że od momentu wprowadzenia się do nich, nagle lodówka była pełna. Clark był bardzo przemądrzały - w nocy włączyli klimatyzację i nastawili na bardzo ciepłe powietrze, ja to wyłączyłam, bo zrobiło się w pokoju bardzo gorąco. Rano otrzymałyśmy pouczenie od Clarka jak działa klimatyzacja i to w taki sposób jakby w Europie jej nie było. Tego samego dnia jak wszedł do naszego pokoju po coś z szafy, stwierdził, że Carla ma "old school laptop" i zapytał, czy nie ma Apple? (Wyjaśniam, że Carla ma HP, który wygląda jak połowa Waszych laptopów, ale wiecie teraz, dzięki Clarkowi, że szczytem techniki jest Apple, reszta to złom.) Możecie sobie tylko wyobrazić, że to typ człowieka, który zna świat z rannych programów talk show w stylu Oprah Winfrey (i tu jest wybitnym ekspertem) i poucza z uśmiechem na twarzy i jeszcze kończy zdanie stwierdzeniem, "bo się martwię o was" - amerykańska zarozumiałość. Na szczęście widzę tego człowieka, tylko do soboty włącznie.
Z innej beczki przedstawiam Wam, następne uwielbienie Amerykanów - masło orzechowe. Znowu połączenie słodkiego i słonego i znowu jak tylko można wkłada się masło do każdego rodzaju słodkości. Mój uwielbiany Twix z peanut butter - jak to mówią "dupy nie urywa", ale spróbować trzeba. :-)
Jak poradzić sobie z wyjazdem do Stanów, gdy wygrałeś Loterię Wizową, a rodziny nie masz w USA.
sobota, 2 listopada 2013
24.10.2013, Czwartek, dzień 13
23.10.2013, Środa, dzień 12
Dzisiaj dzień składania aplikacji SSN (Social Security Number). Szybko metrem na Fulton Street, bo pewnie trochę czasu spędzę na papierologii. Wchodzę do środka, kilkanaście okienek otwarych, a osób niewiele. Podchodzę do maszyny, która drukuje numerek, potem siadam w poczekalni. Maszyna ma chyba pięć wersji językowych w tym rosyjski, lecz nie polski, ale jest chiński i koreański, zatem naprawdę "Welcome 11 milion polish people". Trzeba wypełnić ultra prostą aplikację, jeszcze bardziej prostszą dla osób przyjezdnych, takich jak ja, bo tam nie ma co wypełniać - rodzice są bez SSN. Wołają do okienka i na tablicy pojawia się mój numer. Okienko 16 (numer mojego mieszkania we Włocku i Wawie), myślę sobie będzie dobrze. Podaję Panu, który wygląda jak typowy Amerykanin czyli ze 140 kg wagi, wypełnioną kartkę. Totalny luz u Pana, Pan stuka w klawiaturę, wszystkie dane z kartki i paszportu. Po 5 minutach otrzymuję potwierdzenie, że dane zostały wprowadzone i że numer zostanie wysłany na podany adres. Byłam jeszcze dwa razy przy okienku, bo źle wpisano mój adres amerykański, chociaż na formularzu był poprawny - tym razem 16 nie przyniosła mi szczęścia. Nie mogłam wrócić do tego samego Pana, ponieważ wyszedł na lunch. Musiałam wybrać z maszyny nowy numerek i trafiłam do miłej Pani, która wszystko poprawiła jak należy.
Połowicznie zadowolona, ponieważ w obawie, że numer ten dojdzie do kogoś innego, wyszłam. Social Security Number powinien być pilnie strzeżony, ponieważ kilka osób może używać Twojego numeru, a mali pracodawcy nie sprawdzają, czy ten numer należy właśnie do Ciebie. Co więcej Amekański rząd dąży do tego by ubezpieczenie zdrowotne było możliwe dla każdego. Działa to już od początku października, ale podobno pełna sprawność systemu będzie możliwa dopiero od stycznia.
Znacie moje uwielbienie do słodkiego, a tutaj jest bardzo duży wybór przeróżnych słodkości. Amerykanie uwielbiają połączenie słodkiego i słonego. Zatem kupiłam małe precelki, takie jak w mieszance Balsena, Lajkonika, oblane czekoladą. Wybór był trudny, ponieważ precelki oblane są różnymi smakami czekolady: mleczna, ciemna, biała, biała z truskawkami, biała z borówką amerykańską, mleczna z orzechami i jeszcze kilka innych propozycji. Poszłam w klasykę, czyli sama mleczna, bez dodatków. Nawet nie smakowały tak źle - Łukasz przywiozę Tobie kilka paczek, bo wiem że to Twoje ulubione połączenie smaków.
Czy macie tak, że jak jesteście w obcym kraju to czytacie wszystkie reklamy i tekst na opakowaniach? Ja to złapałam. Znowu amerykański standard obsługi klienta - Happy munching! - co? wesołego mlaskania? U nas się dzieci karci jak mlaskają podczas jedzenia, a tutaj jeszcze życzą, żeby były przy tym wesołe.
Jedyne z czego się cieszę w ich jedzeniu, to Dr Pepper :-) - Kamiś załatwię jakiś przerzut kilkunastu tysięcy butelek przez ocean dla Ciebie.