wtorek, 22 października 2013

14.10.2013 Poniedziałek, 3 dzień

Zapomniałam, że na wieczornym, niedzielnym spacerze widziałam Vivicę A. Fox - sprawdźcie.
Postanowiłam, że wstawię rubrykę: US RULEZ, czyli kilka faktów z życia w Ameryce.
Oto kilka mądrości, które nabyłam po niedzieli.
Sklepy o nazwie "Pharmacy" są supermarketami i sprzedawane jest wszystko totalnie wszystko, nie tylko leki, jak nazwa wskazuje, ale jest wyjątek - chleb. Najlepiej założyć kartę w każdej sieci, żeby móc korzystać z promocji typu: 2 for 3$, buy 2 get 3, dla posiadaczy karty cena 1.99 $ dla niewyróżnionych 2.99 $ i tak jak w Polsce zbiera się punkty. Jeszcze nie wiem, co jest za te punkty, ale prześledzę to.
Ceny na półkach podawane są bez podatku. Podatek doliczany jest przy kasie. Za produkty spożywcze trzeba dopłacić 8.875% podatku. Zatem końcowa suma za zakupy dziwi bardzo.
Za plastikową butelkę i puszkę doliczane jest 5 centów za tzw "bottle deposit". Dlatego na ulicy jest bardzo dużo zbieraczy butelkowo-puszkowych, jak w Niemczech.

Teraz o tym, co się działo w poniedziałek.
Na śniadanie zjadłam chleb tostowy, czyli puchate nic, bo to można jeść i jeść i nie czuć, że człowiek coś zjadł. I najważniejsze poznałam Carlę w hostelu. Najważniejsze, dlatego że towarzyszy mi w tych wszystkich przeżyciach. Postanowiłam poznać ją, bo nie wyglądała na turystykę, raczej na osobę, która ma plany związane z NY. Przeczucie mnie nie myliło. Okazało się, że szuka mieszkania tak jak ja i zaproponowała mi, żebyśmy połączyły siły w poszukiwaniach. Carla jest z Portugalii, dokładnie z Porto. Przyjechała do Nowego Jorku, bo to było jej marzenie od dzieciństwa. Pracę miała już "nagraną" dzięki kontaktom rodziny z właścicielem restauracji zaraz przy Times Square. Portugalczy mogą legalnie przyjeżdżać i pracować w US, a zieloną kartę mogą ubiegać się w czasie pobytu w Ameryce. Zostawiam to bez komentarza, dlaczego nie może być taka zasada przyjęta w przypadku Polaków...?
Carla pokazała mi stronę internetową, na której wszyscy mogą wrzucać ogłoszenia różnego typu - Craigslist.org Jeśli chcecie cokolwiek załatwić to tylko przez tę stronę.
Carla zaczęła dzwonić po ogłoszeniach, bo kupiła amerykański numer za "jedyne" około 45$ za miesiąc z limitem około 2000 minut wymienianych na smsy, bez dostępu do internetu. Karty pre-paid są tu dość drogie, a nawet bardzo drogie patrząc na cennik naszych operatorów. Umówiła nas z panem na zobaczenie pokoju-opis w ogłoszeniu-prywatny pokój za 375$ za miesiąc. Wcześniej zapytała, czy mogą w nim zamieszkać dwie osoby. Pan powiedział: Przyjedźcie obie to pogadamy. Zatem wyruszyłyśmy do dzielnicy na Manhattanie, dobrze znanej wszystkim- Harlem. Podobno już nie jest tak źle jak było kiedyś, natomiast Bronx nadal nie cieszy się dobrą opinią. 
Jesteśmy w okolicy 157 Street West. Im wyżej wchodzimy tym mniej entuzjazmu w Was, mając wizję wnoszenia bagaży na górę po wąskich schodach. Piąte piętro, otwiera nam chłopak z Turcji, jak się później okazało. Wchodzimy do aneksu kuchennego przez wąski przedpokój. Prowadzi nas do pokoju, w pokoju piętrowe łóżko i jeszcze jedno normalne. Na dolnym łóżku leży azjatka z zasłoniętą kurtyną z zadrukowanego materiału w zwierzątka. Odsłania kurtynę i z uśmiechem wita się z nami, pytając skąd jesteśmy. Pytamy naszego nowego znajomego z Turcji, gdzie będę spać ja. Kolega wskazuje mi łóżko w aneksie kuchennym. Zupełnie nie zauważyłam przechodząc do pokoju, że w aneksie jest taki sam zestaw łóżek jak w pokoju. Pomyślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej stamtąd wyjść, ale trzeba było grać kulturalną osobę z "Europy". Kolega usiadł jak Pan Domu na kanapie koło mebli kuchennych i wskazał łazienkę, która była tuż przy wejściu do domu. Czystość w niej pozostawiała wiele do życzenia. Wróciliśmy do niego by wysłuchać warunków wynajmu. Zasady przedstawiał bardzo wolno mówiąc i były następujące: On śpi ze swoim kolegą, studentem z Turcji, w jednym pokoju, pozostali tak jak widziałyśmy. Za pierwszy miesiąc nie 375$ za wynajem, lecz 400$ i 400$ depozytu, dopiero w pozostałych miesiącach 375$. Zapytał czy mamy swoje łóżka, odpowiedź była oczywista, więc musimy za nie zapłacić 25$ bezzwrotnie oraz 25$ bezzwrotnie za klucze do mieszkania. Jedna osoba jest odpowiedzialna za sprzątanie całego domu przez cały tydzień, jeśli odmówimy, wówczas zabiera nasz kolega 50$ z depozytu i przekazuje tej osobie, która zgodzi się posprzątać. Jeżeli taka sytuacja powtórzy się trzy razy wówczas trzeba opuścić mieszkanie. Zapytał nas, czy w domu jest czysto? Carla z poprawnością polityczną odpowiedziała, że brakuje ładu w domu. Kolega odpowiedział: No właśnie, ale jest czysto. Pomyślałam, że człowiek naprawdę jest za dobrze wychowany. W cenę za to mamy wliczone śniadania, bo pracuje w nocy, więc przychodząc do domu rano serwuje je wszystkim. Wskazał na lodówkę, żebym otworzyła i dopiero za trzecim razem powiedział "proszę", bo on nie miał zamiaru ruszać się z kanapy. Otworzyłam lodówkę i poinformował nas, że wszystko co się znajdowało na pierwszej półce jest do dyspozycji współlokatorów. Nawet nie pamiętam co tam było, bo już mnie mocno zdenerwował. Wspomniał też, że sprasza wszystkich znajomych raz w miesiącu i przygotowuje dla nich posiłek, oczywiście współlokatorzy są zaproszeni. Bardzo dziękuję, nie. Po przedstawieniu zasad domu, zaczął się wypytywać nas, czy palimy lub pijemy, skąd jesteśmy. Jak usłyszał, że jestem z Polski i nie piję, to zareagował nonszalandzko, że ja Polka! i nie piję? On ma znajomych Polaków i oni cały czas piją. Miałam powiedzieć, że ma znajomych pijaków. I mądrość życiową jaką nabył od nich to, że Polacy mają dni, w których nie piją, nie wiem skąd oni to wzięli. Raczej muzułmanie mają takie dni - Ramadan - Polacy? może nie znam tych dni. Zakończyłyśmy rozmowę- Damy znać Tobie wieczorem o naszej decyzji, znowu politycznie poprawnie.
Jadąc w kolejne miejsce by zobaczyć pokój, nie mogłyśmy się nadziwić temu co usłyszałyśmy. W metrze pękałyśmy ze śmiechu, tłumaczę go do dzisiaj, że upalony był od cracku.
Dotarłyśmy znowu na Harlem, po licznych pomyłkach w metrze. Tym razem nieco bliżej - 126 Street East. Z budynku wychodzi uśmiechnięta, sympatyczna Pani i pokazuje nam duży pokój z nowo wyremontowaną łazienką, bez kuchni, tylko z kuchenką mikrofalową i wejściem na podwórko. Pokój znajduje się w piwnicy, ale nie tak jak u nas, tylko pół piętro w dół. Decydujemy się, bo i tak nas mniej wyniesie wynajem niż mieszkanie w hostelu z sześcioma innymi osobami. Wynajmujemy do soboty, ponieważ później ktoś inny ma rezerwację. Opowiedziałyśmy Pani naszą historię z "kreatorem zasad". Okazało się, że Pani jest z Włoch i też podzieliła się z nami kilkoma historiami a propos wnajmu. Przestrzegła nas, że w mieście znajdą się osoby, które z miłą chęcią pomogą ale będą też takie, które będą tylko szukać okazji do oszustwa - jak wszędzie.
Zatem przeprowadzka.

13.10.2013 Niedziela, dzień 2

Obudziłam się o około 11:00. Na przeciwko mnie hinduski chłopak, do pokoju wchodzi azjatka, z łóżka nade mną wyskakuje podobno brazylijczyk. Hostel to doskonałe miejsce do poznawania ludzi z różnych stron świata. Szybka kąpiel i widzę, że właściciel hostelu sprząta, więc jak najszybciej trzeba wyjść i zobaczyć miasto marzeń. Przed wyjściem dostaję reprymendę, że zamknięta butelka wody leżała pod łóżkiem a nie w kuchni. Dość restrykcyjne zasady jak na hostel, patrząc na moje doświadczenie związane z bywaniem w takich miejscach. Potem okazało się, że David i jego dziewczyna przebywają w hostelu nieomal cały czas, a mieszkają piętro niżej. Nie wiem dlaczego cały czas są tam, ale może ze względów bezpieczeństwa.
Postanowiłam przejść się po Manhattanie. Mijając domki w kierunku metra, można już zobaczyć amerykańskie szaleństwo związane z świętem Halloween. Zdjęcie poniżej, później wstawię bardziej odjazdowe, ale jak będzie bliżej daty, bo naprawdę jest imponująco. ChinaTown idę dalej przez Soho, Noho i dalej na południe. Warszawa ze swoim żaglem może się schować, tu wszystko jest duże, wysokie. Pierwsze moje zdjęcie w malutkim parku, gdzieś na Manhattanie. Ludzie grają wokół na różnych instrumentach, każdy swoją muzykę. Dwóch czarnych bliźniaków robi show taneczne wciągając w zabawę zgromadzonych wokół nich. Wyciągają z tłumu azjatę, który nagrywa na smartphona całe przedstawienie. Pomimo, że już stoi w środku a jeden z bliźniaków stoi na przeciwko niego i mówi do niego, ten trzyma smartphona na wysokości twarzy i nadal nagrywa. Wszyscy zaczęli się śmiać. Zabrali mu telefon i poprosili kogoś z ekipy żeby dalej nagrywał, bo jak widać nie może się rozstać z telefonem. Wszyscy dobrze wiemy, że uwielbiają nagrywać i robić zdjęcia wszystkiemu. 
Dalej idąc przez ChinaTown widać tylko bazarki na ulicach, ogromny tłum i mnóstwo sklepów jubilerskich. Przykuwa moją uwagę budenek ze starym napisem jak fabryki w Łodzi - żydowski znak przemysłu w US. Soho, jak to w tej dzielnicy można się spodziewać - lofty i sklepy design'erskie, sklepy hand made. Podczas spaceru zgłodniałam nieco i weszłam do jakiegoś sklepu, wyglądającego jak mały supermarket. Przechadzam się między półkami, jest już 15:00, a ja nawet śniadania nie zjadłam. Docieram do lodówek, przecieram oczy i są PIEROGI, nie polish dumplings, tylko nazwa pierogi. Zaczęłam się śmiać do lodówki. Płacę pierwszy rachunek. Jednodolarówka w papierku, monety bez cyferek tylko z napisami quarter cents, five cents, one cent, one dime. Musiałam zgooglować tę nazwę - 10 centów. Na szczęście na całym Manhattanie nie ma problemu z free wi-fi.

Wracając do domu postanowiłam zobaczyć Chrysler Building. Trudno mi było go uchwycić całego, a zdjęcie wykonałam obok najstarszej stacji w centrum Nowego Jorku - Grand Station. W niedzielę wieczorem są już pustki w metrze, szczególnie w pociągu linii L, który zmierza na sam koniec Brooklynu.