Oczywiście nie spoczełyśmy na laurach w poszukiwaniach mieszkania, zwłaszcza że nasi współlokatorzy ciężko pracowali prawie całą noc, żebyśmy czasami się tu nie zadomowiły. Całą noc grała muzyka plus telewizor. Rano na moment wyłączyli, ale tylko na chwilkę. Człowiek czuje się głupio, w momencie kiedy ma wejść do aneksu kuchennego, żeby zrobić śniadanie, bo leżą na kanapie, bo przecież to ich dom. Wychodzimy z tej ciężkiej atmosfery, plus niewyspane, wędrujemy na spotkanie z Panią Marią w celu wynajęcia pomieszczenia podpiwnicznego z kuchnią i łazienką na Maspeth. Mamy być na 14:00, jesteśmy jakieś 30 minut później, ponieważ metro M nie jeździło, więc były darmowe autobusy i do tego od przystanku spory kawałek na pieszo. Ulica domków, naciskam środkowy guziczek, bo nie wiem jak Pani Maria ma na nazwisko. Otwiera mi Pan i pyta, czy na pewno byłam umówiona. Potwierdzam i prosi, żebyśmy weszły do mieszkania od strony podwórka. Mieszkanie w pół piwnicy (to już tłumaczyłam), bardzo małe, duża szafa w ścianie, aneks kuchenny wielkości średniego pokoju w blokach, łazienka, wszystko nowe, bo mąż wyremontował. Pani Maria, tłumaczy, że pokazuje mieszkanie a potem zdecyduje, kto zamieszka w mieszkaniu. Potrzebuje osoby spokojnej, bo jej dzieci się uczą i ciągnie dalej; wszyscy, którzy przychodzą tutaj chcą się już wprowadzać, jedna Pani już mierzyła, czy jej się kanapa zmieści. Zaraz mówi, że wczoraj był pijany Pan i kładł już pieniądze na stół. To wszystko powtórzyła Carli po angielsku. Mówię o naszej sytuacji, a Maria: My też tak otrzymaliśmy zieloną kartę i rzuciliśmy wszystko w Polsce i przyjechaliśmy tutaj. Najpierw mieszkaliśmy u wujka nad barem, potem przeprowadzaliśmy się w inne miejsca. Pomyślałam, że może pomoże nam skoro zna realia. Podkreśliła jednak, że najpierw zobaczy się ze wszystkimi i wtedy zdecyduje - swoisty casting. Maria swym ubiorem z mężem, przypominała parę z lat 90', myślę że zatrzymali się wraz z momentem przyjazdu do Ameryki. Musimy zatem czekać na decyzję Marii. Zdobywamy kolejną kartę "apteki" CVS, podobno najtańszej z tych wszystkich. Dzwonimy dalej by zobaczyć mieszkania, ale wszyscy przekładają spotkania na poniedziałek. Jedziemy, więc pozwiedzać tym razem Brooklyn - Prospect Park. Całe rodziny na spacerze, bardzo dużo Żydów, którzy nie kryją się ze swoją tożsamością. Niektórzy ubrani tradycyjnie, niektórzy nowocześnie, lecz z jarmułką na głowie, kobiety też mają jarmułki. Blisko znajduje się ogród botaniczny, lecz o tej porze roku daruje go sobie. Przed nami wielki gmach - Biblioteka na Brooklynie. Prowadzi przeróżne doradztwo, również w zakresie wiz i paszportów. Można przyjść i skorzystać z internetu, zapisać się na zajęcia tematyczne, niesamowite miejsce, bardzo prospołeczne. Obok biblioteki budynek "trójkąt" i Grand Armi Plaza - wielkość tych budowli powala. Powrót na Manhattan by zjeść z barze/sklepie. Bardzo dużo jest takich miejsc na Manhattanie. Na metalowych tacach, które znajdują się w ciepłej wodzie, cały czas podgrzewanej, serwują przeróżne dania gorące, w misach zanużonych w lodzie znajdują się owoce, warzywa, sałatki. Można spokojnie przebierać i nakładać sobie swobodnie do pojemniczków. Można też coś wybrać z gotowych dań, albo kanapkę na ciepło - deli, panini, hero. Ceny 100g wahają się znacznie w zależności od lokalizacji - od 7,49$ do 8,75$. Dla ceniących wystrój i spokój oraz swobodny dostęp do internetu, proponuję sieć Morton Williams - my jadłyśmy na West 157 Street między 6 a 7 Avenue, a dokładnie obok 6 i 1/2 Avenue. Dlaczego 6,5?, ponieważ budynek jest na przestrzał i można przejść z 157 Street na 156 Street, proste. Smacznie i naprawdę przytulne miejsce na szybki lunch.
Wracając do domu, nie można nie usłyszeć muzyki. Młody chłopak, oceńcie sami czy America's got talent?
https://www.youtube.com/watch?v=YBMw3fG027o&feature=youtube_gdata_player
Jak poradzić sobie z wyjazdem do Stanów, gdy wygrałeś Loterię Wizową, a rodziny nie masz w USA.
niedziela, 27 października 2013
20.10.2013, Niedziela, dzień 9
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz