środa, 1 stycznia 2014

7.11.2013, Czwartek, dzień 27

Kolejny dzień, tym razem na 7:30 do pracy. Spostrzegłam, że jest tu nawet ulica koreańska - 32rd Street - Korea Way. Wszystkie banery w języku koreańskim - zobaczcie sami.


W hostelu praca wre, ale najbardziej roześmiałam się, kiedy rozpoczęła się rozmowa na temat: ile kosztuje w naszych krajach jeden amerykański dolar?
Lucy usłyszała, że ponad 3 polskie dolary (Łatwiej to porównanie było jej zrozumieć.) i skomentowała soczyście: "Dlatego wasze kraje są takie biedne." Roześmiałam się i powiedziałam jej, że Republika Dominikany raczej też nie należy do najbogatszych - nie skomentowała.

Rozmowa rozwinęła się na temat ilości emigrantów z różnych krajów w NYC i jak trudno tutaj znaleźć normalną pracę, jak nie ma się Zielonej Karty. Dotychczas mam zupełnie inne wrażenie, raczej trudno znaleźć legalną pracę. Tutaj też pracodawca nie chce płacić podatków. Różnica jest taka, że u nas pracodawca zasłoni się umowami śmieciowymi: umowa o dzieło, bo umowa zlecenie to musi przynajmniej ubezpieczenie zdrowotne zapłacić. Tutaj albo pracujesz legalnie, albo nielegalnie. 

Z innej beczki. Może to głupie, ale dzięki Rachel (Z Filipin.) znalazłam sklep, gdzie herbata Twings kosztuje $2,50, a nie ponad 3 dolary. Zresztą w tym sklepie znaleźć można wszystko. Z zasady ma być wszystko po 99C, ale tylko na parterze są rzeczy po około $1, a na dwóch pozostałych piętrach to rzeczy tanie ale wykraczające poza kwotę $2.


Można do herabaty kupić jeszcze delicje. Czy opakowanie nie jest takie same jak Delicji z Wedla? Może to ogólnie przyjęty wzór opakowania dla delicji?


Wszystko jedno, co pomyślicie, ten sklep zostanie moim faworytem pod dwoma względami:1-herbata Twings, 2-Bagle z Brooklyn'u. Zakochałam się w baglach z cynamonem i rodzynkami. Wyglądają jak donaty, czyli pączek z dziurką, ale zrobione są z ciasta chlebowego. Na razie się nie nudzą. :-)

8.11.2013, Piątek, dzień 28

Dzisiaj pracowałam tylko z Lucy.
Spytałam się dziewczyn ile czasu szukały tutaj pracy? Odpowiedzi były przerażające: cztery, trzy miesiące, najmniej to dwa miesiące.
Usłyszałam, że jestem szcześciarą, nie dość, że wylosowałam Zieloną Kartę, to w niecały miesiąc znalazłam pracę. Stwierdziły, że nie doceniam rzeczy, które mam i usłyszałam, że za dużo chcę w jednym czasie, muszę być bardziej cierpliwa. Rzeczywiście z cierpliwością mam problemy, ale teraz uczę się jej i to bardzo intensywnie.
W pracy zupełnie nic się nie dzieje oprócz obowiązków, które niezmiennie są zawsze takie same.
Po pracy wizyta w lokalnym sklepie, by kupić coś "na ząb". Uwielbiam tutaj różnego rodzaju mieszanki orzechów lub orzechów z suszonymi owocami oraz migdały w czekoladzie. Dzień bez chrupania orzechów, to dzień stracony - orzechy wpływają na wszystko, szczególnie na mój dobry humor. :-)
Na półce najbardziej rozpoznawalny symbol amerykańskiego pop-artu i symbol rozwijającej się kultury masowej - puszka Cambella. Rozpowszechnienie grafiki z puszki przez Andy'ego Warhola w dziele - 32 Campbell's Soup Cans (Nota bene dzieło znajduje się w Nowym Jorku w muzeum MoMA - Museum of Modern Art mam dopiero w planach, bo trzeba zarezerwować sobie cały dzień na zwiedzanie.), powoduje że nie sposób nie zwrócić uwagi na tę puszkę.

Teraz firma Campbell nie ogranicza się tylko do produkcji zup. Pakuje do puszek też inne produkty np. sosy do makaronów lub inne mieszanki warzyw. Puszki, w których znajduje się zupa są takie same jak przedstawił to Warhol w 1962 roku, ale puszki z innymi produktami mają już inną grafikę. Równie prostą, ale uciekającą od tradycyjnych puszek z zupą. Proszę spójrzcie na logotyp, nikt nie myśli raczej o refresh'u pomimo tylu lat. PZU, Bank PeKaO podobno najlepszy refresh logo wśród firm z tradycjami - chyba się jeszcze muszę dużo uczyć. 

Powracając jednak do głównego wątku, cały czas wpatruję się w te puszki za każdym razem jak jestem w sklepie i myślę: czy zupa smakuje tak samo jak w latach 60'? Muszę kiedyś podgrzać tę zupkę. :-) Jednocześnie dzisiaj można również wypić wodę Perrier (za $2) z nalepką zaprojektowaną przez Anad`go, tak do kolekcji artystyczno-smakowej w ramach współczesnego nurtu - artyści dla wielkich marek.


czwartek, 12 grudnia 2013

6.11.2013, Środa, dzień 26

Dzisiaj pierwszy dzień pracy w hostelu. Wychodząc z budynku, gdzie mieszkamy, wita mnie piękne słońce i widok z filmów dla nastolatków - School Bus.

Dotarcie na 8:00 rano na Herald Square, zajęło mi około 30 minut. Najpierw metro lokalne "C" ze 155th do 145th i przesiadka na ekspres "D". Czy ktoś w Warszawie pomyślał o dodatkowym torze dla ekspresu, który zatrzymuje się na najważniejszych stacjach. Nie, bo nie ma potrzeby?, czy nie bo potrzeba nie będzie wywołana?, ogólnie i tak nie ma na co liczyć.
Hostel znajduje się przy Penn Station, więc wokół niego jest mnóstwo innych hoteli o różnym standardzie i należące do różnych "sieciówek".
I kolejne słoneczne zdjęcie, tym razem skrzyżowanie Broadway i 32nd Street.

Wjeżdżam ns górę. Winda jest tak stara, że trzeba przekręcić kluczyk, żeby nacisnąć przycisk na które piętro chce się pojechać. Ktoś na górze nacisnął 9 piętro.
Wita mnie Maria, poznaje mnie z Yaną - recepcjonistką oraz Lucy i Rose, które pracują jako pokojówki.
Lucy pokazuje mi wszystkie etapy przygotowania pokoju dla gościa. Cała procedura trwa około godziny w zależności od tego, czy zewnętrzne pokrycie łóżka wymaga odświeżenia, wtedy proces sie wydłuża. Pierwsze pytania Lucy były następujące: jak długo tu jestem?, skąd jestem? (Wie tyle, że Polska jest w Europie, ale to akurat standard.), ile mam lat? (Pocieszam się, że dała mi 24.), czy mam męża? (Duże zdziwienie z jej strony, że jeszcze nie.), czy mam dziecko? (Nie było reakcji.). Te same pytania zadane drugiej stronie, dały następujący obraz Lucy: 23 letnia dziewczyna z Dominikany, która przyjechała tutaj do mamy jak miała 16 lat. Wyszła za mąż rok temu za Amerykanina, o korzeniach meksykańskich. Dzieci nie ma, ale planuje mieć za dwa lata.
Z Rose, w tym dniu nie udało mi się porozmawiać i przeprowadzić z nią wywiadu środowiskowego.
Yana jest z Ukrainy, trzy lata w Nowym Jorku. Obecnie ma wizę studencką, ponieważ uczy się angielskiego. Próbuje mówić po polsku, bo w klasie ma prawie wszystkich z Polski. Kiedy mi o tym powiedziała zrozumiałam dlaczego przywitała mnie słowami: "Cześć, jak się masz?".
Wszyscy tu znajdują lepsze lub gorsze rozwiązania by otrzymać legalny pobyt. Natomiast pozwolenie na pracę to osobna sprawa, z tym wiąże że się numer ubezpieczenia, a to już tylko wiza pracownicza lub Zielona Karta.
Szybko zleciał pierwszy dzień. Wyszłam około 16:00 z pracy. Wróciłam do domu się relaksować i czytać książkę, oczywiście po angielsku. :-)

5.11.2013, Wtorek, dzień 25


Z lekkim stresem przygotowuję się do pracy w restauracji. Jestem na miejscu o 14:55. Zostawiam płaszcz w szatni i podchodzę do Manuela. Wręcza mi około 20 kartek umowy i zaznacza miejsca, które powinny być wypełnione przeze mnie. Siadam przy stoliku a przy następnym siedzą 3 osoby i rozmawiają o sukcesie Lady Gaga. Pan przedstawia ją jako bardzo utalentowaną osobę, inteligentną, z bardzo dobrym głosem. Z kontekstu rozmowy wynika, że Pan szuka dla niej kolejnych sponsorów na jej pomysły.
W atmosferze celebryckiego życia,  wypełniłam wszystkie zaznaczone pola w umowie. Manuel siada koło mnie i podpisuje papiery. Prosi mnie bym podała jemu dokumenty - paszport i SSN. Zaprowadza mnie do dziewczyn - Katia, Elizabeth, Francheli. Wszystkie są obywatelkami US, ale rodziny pochodzą z różnych stron świata - Katia (Meksyk), Elizabeth (Dominikana) a Francheli jest mi to nieznane. Elizabeth wprowadza mnie w niuanse pracy i "życia" restauracji  - cały czas się uśmiecha i podtrzymuje rozmowę, jest bardzo miła dla mnie. Francheli zdobyła się tylko na słowo cześć i minę ogromnego niezadowolenia.
Raczej wielkiej filozofii nie ma w tym co dziewczyny wykonują. Nikt tutaj nie jest przemęczany - to co w Polsce spokojnie zgrobiłyby dwie osoby, tu wykonują cztery, czyli hostessa przyprowadza gościa do stolika i podaje menu, jest chłopak od przynoszenia zamówionych potraw kelnerce, kelnerka, która podaje potrawy klientowi i drugi chlopak od zbierania brudnych talerzy i przygotowania stolika dla nowych klientów - i mają kryzys.
Do obowiązków hostessy należy: odbieranie telefonów i zapisywanie w książce rezerwacji: godziny rezerwacji, ilość osób, nazwisko z numerem telefonu gościa; zaprowadzenie gościa do stolika i podanie menu.

Restauracja serwuje francuską kuchnię dla Żydów. Wszystko jest koszerne. Dodatkowo restauracja prowadzi sprzedaż mięsa, bo zaraz przy wejściu jest rzeźnik. Zmianowo w restauracji przesiadują Rabini, po to by podpisywać się pod jedzeniem, które jest przygotowywane w kuchni na wynos dla klienta bezpośredniogo lub pośredniego (innych restauracji) i nie tylko np. zapalanie ognia w kuchence przed rozpoczęciem pracy. Ciężka praca przesiadywać cały czas w restauracji jedząc i pić, po to by wzmocnić zaufanie wśród bogatych żydowskich klientów. Elizabeth pokazuje mi numerację stolików, wszystkie pomieszczenia w restauracji i tłumaczy, że czasem klienci proszą o certyfikat "koszerności" tej restauracji. Talerze zmywają osobno po kobietach osobno po mężczyznach w przypadku klientów ortodoksyjnych. Natomiast jest to dla mnie niezwykłe, że mogą być koszerne restauracje z kuchnią francuską, oczywiście serwuje się frytki - w końcu French Fries. :-)
W ciagu godziny może było 6 klientów i dwa telefony. Po godzinie mojego pobytu w restauracji wychodzi z biura Manuel i mówi, że nie może mnie zatrudnić, ponieważ główna menedżerka potrzebuje mojej Zielonej Karty, a moja Visa "wygasła" i nie mam wszystkich dokumentów, jak np. listu powitalnego z urzędu imigracyjnego. Powiedział, że on też tego nie rozumie zwłaszcza, że można zatrudniać nielegalnie w tym kraju a mnie nie. 

Na wizie widnieją daty kiedy mam wyjechać do US, czyli pół roku od momentu spotkania w ambasadzie - 23APR2013 TO 22OCT2013. Mam pieczątę wbitą na lotnisku z datą przylotu - OCT 12 2013 oraz informację, że: "Upon endorsement serves as temporary I-551 evidencing permanent residence for 1 year", czyli I-551 jest aplikacją Zielonej Karty do momentu jej otrzymania. Mam status rezydenta przez okres jednego roku. Nikt tego tutaj nie rozumie, chociaż otrzymałam SSN 23OCT2013 i zgodnie z tym co myślą nie powinnam jego dostać, tylko być deportowana, bo mi wiza wygasła. Cały czas prześladuje mnie pech lub zła wola.

Wyszłam stamtąd bardzo zdenerwowana. Zostało mi tylko kupić jakieś trampki i iść do pracy w hostelu. Pojechałam do stacji Columbus Circle i weszłam do HandM z nadzieją znalezienia czarnych, tanich trampek. Oczywiście znalazłam, ale znalazłam również piękną reklamę dżinsów.
Ewa S. byłaś pierwsza z pomysłem, choć nieco ewoluował spoglądając na kieszenie na głowach. QAH (Mój dawny pracodawca.) trendsetter w zakładaniu toreb na głowę - zobaczcie sami, pomysł z 2009 roku.

Co więcej, Ania tu nie ma standardów obsługi w tym sklepie - kasjerka żuje gumę i wysyła wiadomości w czasie pracy, przed klientami. W sklepie na Columbus jest jeszcze schludnie, ale obok Times Square albo na 5 Aleji, ciuchy z wieszaków leżą jak dywan na podłodze. Supervisor zamiast zarządzać kolejką, bo czeka się jak w supermarkecie, głośno rozmawia z kasjerkami o tym, jaką to on ma głupią koleżankę i oczywiście wszyscy klienci o tym wiedzą, bo cichy nie był. Obsługa sklepowa w ogóle się nie spieszy, pomimo panującego bałaganu. Kolejny przykład amerykańskich standardów w międzynarodowej organizacji - wyraźne zróżnicowanie kulturowe w korporacji, choć ono nie powinno rzutować na jakość pracy. 
Zatem zastanawiają mnie statystyki wydajności pracy, pokazywane co jakiś czas dla calego świata. To ciekawe, że nigdy jakoś nie błyszczymy, a tutaj jakoś też się nie spieszą i wydajność lepsza - spiesz się powoli - musimy to wdrożyć czym prędzej. Dodatkowo u nas zatrudnia się niezbędne minimum pracowników do funkcjonowania biznesu, tutaj mnoży się stanowiska.
Wróciłam do domu, po kolejnym szoku kulturowym. Carla miała wolne, więc była w domu. Opowiedziałam jej o wszystkim - ona ma numer SSN i Este ważną przez rok (jak sądzę) i może pracować legalnie, a ja muszę czekać niewiadomo dlaczego. Rozumiem, że ludzie tutaj czekają na Zieloną Kartę latami, ale ja nie składałam aplikacji, tylko ją już mam, chodzi tylko o jej wyrobienie. 

Apel do wszystkich, którzy czytają ten post i wygrali Zieloną Kartę:
Załóż konto ELIS zaraz po wizycie w ambasadzie.
Zapisz wszystkie informacje dotyczące tego konta i trzymaj w jednym miejscu.
Zapłać za kartę zaraz po założeniu konta w ELIS, jeśli tylko masz kogoś w US. Jeśli nie, nie oszczędzaj, wyrób sobie American Express jeszcze w Polsce i jak najszybciej zapłać.
Jestem przekonana, że skróci to cały proces oczekiwania i będziecie mieć Zieloną Kartę w miesiąc od przyjazdu.

środa, 20 listopada 2013

3.11.2013, Niedziela, dzień 23

Plan dnia to przede wszystkim zwiedzanie, ale po sobotnim cieple, dzisiaj było naprawdę zimno i dodatkowo zaczęło tak wiać, że wiatr przeszywał na wskroś.
Carla zapyta się dzisiaj w restauracji, czy mogę zacząć tam pracę, jako hostessa, bo zwolniło się miejsce. Praca polega na odbieraniu telefonu i zapisywaniu rezerwacji na konkretną godzinę oraz przyprowadzaniu gości do stolika i to wszystko za 12$ za godzinę. Dla mnie na początek idealne, później przeczytacie dlaczego.
Na początek warto coś napisać o mojej dzielnicy, skoro minął tydzień mieszkania tutaj. Na pierwszy rzut oka jest tu mieszanka ludzi hiszpańskojęzycznych - Dominikana, Puerto Rico, Meksyk, Wenezuela. Czy jest bezpiecznie? Szczerze mówiąc, trudno powiedzieć. Mnie nie zaczepiają. Widać jednak panów w czarnych samochodach z przyciemnianymi szybami, które stoją w drugim rzędzie z zaparkowanymi, a silnik jest włączony. Po co stoją? Przed budynkami wieczorem stoi zazwyczaj grupka mężczyzn Po co stoją? Przed budynkami, które należą do miasta i są uważane za tanie, stoją super samochody. Skąd mają pieniądze? pomijając fakt, że samochody są tu tanie, ale te mieszkania są podobno dla biednych. Dopóki nie masz z tymi ludźmi i ich interesami nic doczynienia, jesteś dla nich powietrzem. Widać jednak w dzielnicy sytuacje jak z filmów gangsterskich - przekazywanie sobie czegoś przez szybę samochodu, kilku panów wysiadających z samochodu idących do klatki a kierowca zostaje w samochodzie. Jednak myślę, że można czuć się bezpiecznie, jeżeli tylko trzyma się człowiek z dala od takich sytuacji, nie parzy na nie i idzie przed siebie.
W okolicy są bardzo ładne miejsca, jak stare domy, które znajdują się przy brzegu rzeki Hudson. Niektóre z nich są niestety opuszczone.
Widziałam maraton z daleka, a raczej jego zakończenie, bo tłum był ogromny, a nie ukrywam, że trochę obawiałam się szaleńców. Zwłaszcza, że maratonu nie było w zeszłym roku z powodu huraganu Sandy, to w tym roku mogło wydarzyć się coś innego. Mam wrażenie, że tutaj to nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć.
Stacja docelowa Penn Station, zaraz obok Empire State Building i przechodzę do Harold Square - skrzyżowanie ulicy Broadway i 6 Aleji oraz między 34 a 35 Street West. Znajduje się tam mały jarmark, gdzie sprzedawane są produkty regionalne i wyroby własne. Polacy z kiełbasą też są. :-) Super atmosfera pomimo panującego zimna.
Panie i Panowie na 34 Street Victoria's Secret. Moi drodzy zaskoczenie, ponieważ ceny są takie same jakie w Triumph'ie a na pewno niższe niż w Intimissimi. Nie ukrywam, bardzo mnie to cieszy. :-) Dodatkowo możecie nacieszyć swoje oczy pokazem, który odbył się we wrześniu a 10 grudnia zostanie wyemitowany po raz pierwszy na kanale CBS. Obok sklepu Victoria's, dom handlowy Macy's. Znaleźć tam można wszystkie najważniejsze marki znanych projektantów - asortyment od ubrań poprzez perfumy i galanterię skórzaną do kosmetyków. Uwaga Panie! Najnowsza maskara Chanel kosztuje tu 30$ a nie jak w Polsce 130 zł w sklepie internetowym. Niedziela to tutaj czas zakupów, więc zwiedzanie sklepów to nie jest dobry pomysł na dziś, zatem idę dalej do zachodniej części Manhattanu. Przy samej rzece Hudson znajduje się Jacob K. Javis Convention Center - odpowiednik polskich hal Expo. Projekt architektonicznych, to rzecz gustu.
Z powodu zimna wracam szybko do domu. Siadam do komputera Carli i zaczynam wysyłać resume i przeglądać, kiedy w restauracjach będzie tzw. open call, czyli wyznaczone godziny na przyjście na rozmowę rektutacyjną. Trochę załamują mnie tutaj ogłoszenia o pracę, czyli: doświadczenie tak, ale w Nowym Jorku; wykształcenie oczywiście tylko że amerykańskie. Na tzw."run boya" trzeba mieć czasem trzyletnie doświadczenie, a praca polega na przynoszeniu z kuchni na tacy talerzy z potrawami kelnerce, a czasem zabranie brudnych talerzy ze stołu. Na hostessę też minimum dwa lata doświadczenia, najwidoczniej trzeba profesjonalnie podnosić telefon. W Waldorf Astoria, trzeba mieć wyższe wykształcenie, żeby zapisywać numer pokoju, który będzie korzystał ze śniadania. (Daga uważam, że to chore!) Zatem już wiem skąd przyszła głupota do Polski, że sprzątaczka musi mieć średnie wykształcenie. Zaczepienie się jako pokojówka albo tzw. housekeeper, trzeba mieć bardzo dobre referencje. Mam doskonałe referencje - 20 lat sprzątania własnego pokoju i 5 lat sprzątania Tatrzańskiej plus drobne naprawy. Nie dziwi mnie, że wszyscy piszą, że trzeba mieć kogoś by cię polecił do pracy, bo inaczej nic nie znajdziesz. Nie dziwi mnie też, że nie posiadając polecenia, byle roboty ludzie szukają tu przez 3 miesiące. Ironizując - Stany kraj możliwości.
Na "poważniejsze" stanowiska - załóżmy asystentka działu - w ogłoszeniu o pracę wymienione jest dosłownie wszystko, czym osoba będzie się zajmować na tym stanowisku. Nawet nie chcę się do końca czytać tych wszystkich obowiązków. W Polsce napiszą, że wspieranie działu i jakieś trzy inne ogólne punkty. Dopiero jak jesteś zatrudniony to się dowiadujesz co naprawdę będziesz wykonywał. Dlaczego tak jest? Tu podpisuje się zakres obowiązków i z góry informuje się kandydata jaki ten zakres będzie. Czy to lepiej, czy gorzej? Wiedzą ci, którzy znaleźli się w jednej i drugiej sytuacji w Polsce. Nie wspominając o zadaniach rekrutacyjnych, które tutaj są dopiero na stanowiskach menedżerskich lub stanowiskach analitycznych oraz kreatywnych. U nas na każde stanowisko, bo trzeba sprawdzić czy dobrze maile piszesz (uproszczenie). Teraz to się naraziłam HR specjalistom!!!
Po powrocie Carli dowiaduję się, że mam przyjść jutro do restauracji i porozmawiać z menadżerem.:-)

4.11.2013, Poniedziałek, dzień 24

Trzeba się wystroić na spotkanie. Rano też otrzymałam wiadomość, że zapraszają mnie na spotkanie w sprawie pracy w hostelu na West 31 Street, między 14:00 a 16:00. Przede wszystkim muszę pojawić się w restauracji, potem sprawdzę drugie miejsce.Jestem na miejscu 46 Street, zaraz obok schodów na Times Square. Przy barze Manuel - menadżer i mnóstwo kręcących się ludzi, ale nie klientów. Krótka rozmowa: Jaki jest mój status w Stanach? Czy mam wszystkie niezbędne dokumenty, żeby tu zostać? Zapraszam jutro na 15:00 na czarno do pracy i już. Na kolor czarny w pracy byłam przygotowana, doświadczenie z Anglii. :-) Na tak krótką rozmowę nie.
Postanowiłam pójść za ciosem i sprawdzić hostel. Zanim jednak znajdę się na spotkaniu to muszę wydrukować resume, z pustymi rękoma nie pójdę. Na 48 Street znajduje się biuro FedEx, które świadczy usługi przesyłkowe z jednoczesną samoobsługą wszystkich drukarek, w tym fotograficznych. Znowu usługa na kartę. Automat "wypluwa" kartę i trzeba ponownie włożyć kartę by ją doładować. Wykonanie druku lub kopii wymaga włożenia karty do standu, który jest przy każdej drukarce. Możliwość wydruku z USB i telefonu, jeżeli ma się kabel. Ultra drogo, bo jedna kopia czarno-biała 13 centów a można czasem wydrukować już za 5 centów.
Drukuję szybko resume i pędzę na 31st Street. Znajduję się na przeciwko wysokiego, wąskiego budynku. Naciskam 10 na domofonie i przedstawiam się. Wejście do budynku dość obskórne i jadę jakąś starą windą na górę. Na 9 piętrze wita mnie dziewczyna w czerni. Prosi mnie byśmy przeszły na 10 piętro. Na wstępie rozmowy mowi mi, że bardzo się cieszy, że przyszłam. Podaje jej moje resume i przedstawia się jako Maria (nie będę podawać pełnych nazwisk) Brzezina. Urodziła się w małej miejscowości pod Wrocławiem, jej rodzina przeniosła się do Niemiec jak była mała. Rodzice nie uczyli jej polskiego, w domu starali się mówić po niemiecku. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce, która mieszka w Opolu. Pełne zrozumienie w tej sytuacji maluje się na mojej twarzy. Wybory niektórych mogą naprawdę przerażać. W Ameryce jest 3 lata, jej mąż został przeniesiony z oddziału niemieckiego firmy do centrali w Ameryce. Jeden z najprostszych sposób na Zieloną Kartę. Mówi mi, że chce mi pomóc, bo wie jak ciężko znaleźć pracę na początku, szczególnie jak się nie ma doświadczenia w Nowym Jorku. Dodatkowo bardzo ceni Polaków za ciężką pracę. Rozmowa sympatyczna, ale mam wrażenie, że to bardzo szorstka dziewczyna. Zaproponowała mi bym została pokojówką w hostelu. Zmiana pościeli i jej wyprasowanie, wytarcie kurzu z dwóch półek, odkurzenie pokoju wielkosci pokoju na Tatrzańskiej (2,5m x 2,5m najwiekszy może ma 16m2) i wytarcie podłogi. Na wszystkie pokoje na piętrze przydzielone są tylko dwie łazienki. Oprowadza mnie po hostelu. Praca beznadziejna, ale w restauracji miałabym "part time" i tu też a dodatkowo, zmiany by się nie nakładały. Praca od piątku do poniedziałku od 7:30 do 14:30 i dłużej, jeżeli będzie taka potrzeba. Zgodziłam się! Potrzebuję "zielonych" by nie wydawać więcej z tych przywieziony. Płacą $10 za godzinę - dopóki nie otrzymam Zielonej Karty będą płacić do ręki. Zaczynam w środę.
Link do hostelu: www.urbanoasisnyc.com
Nawet jestem zadowolona z dzisiejszego dnia, bo będę miała dwie prace, więc może uda się szybko kupić laptopa, by blog wyglądał nieco inaczej.:-)
Wracam do domu znowu przez Herald Square i dalej w stronę 42 Street. Mijam wręcz hurtownie dodatków, gdzie u nas takie rzeczy można tylko kupić w internecie. Tutaj w "stolicy mody" znajduje się jeden sklep za drugim, oczywiście przemieszane - chińszczyzna obok amerykańskich i europejskich wytwórców dodatków. Wchodzę do jednego ze sklepów i oniemiałam z zachwytu. Dlaczego niegdyś w "polskiej  stolicy nitki", a teraz podobno najlepszej "wytwórni" projektantów ubioru nie ma takiego sklepu? Brakuje takiego akcentu w Łodzi, zdecydowanie.
Po obejrzeniu królestwa dodatków i przechodząc przez całą aleję podobnych sklepów, wchodzę na plac Bryant Park. Mały ale bardzo stylowy skwerek. Wokół parku wysokie budynki jakby specjalnie zostały postawione, by chronić ten park. W parku małe, świąteczne sklepiki z rękodziełem różnego typu: biżuteria, bąbki, wyroby z wełny, szkła i skóry oraz domowe przetwory: czekolada, cider, ciastka i wiele innych pysznych różności (Świąteczne stragany jak we Wrocławiu na rynku.). Po środku parku lodowisko a obok bar -5º, gdzie wchodzi się w białym palcie by wypić drinka. Alternatywny bar znajduje się na przeciwko, na świeżym powietrzu z paleniskiem i kocami dla gości. Widok na Empire State Building i naprawdę fantastyczna atmosfera - enklawa w środku hałasu, bo park znajduje się może trzy przecznice od Times Square. Upojona widokiem mogę wracać do domu.

poniedziałek, 18 listopada 2013

2.11.2013, Sobota, dzień 22

Od rana ogarniałam swój mały bałagan w szafie i torbie, bo nadal trzymam wiele rzeczy w walizce, bo mamy szuflady tylko w biurku.
Około 14:00 ruszyłyśmy zwiedzać i zaczęłyśmy od Columbus Circle (Już znacie, ale teraz zdjęcia Krzysia.). Idziemy na kawę i cistko. Jak każdy Polak wzrok skierowany w dół w czasie spaceru, dlatego może cały czas znajduję jednocentówki i pokrywę zrobioną w Indiach - tego też nie produkują w US. Idziemy się przejść po Central Parku. Przy wejściu stoi zawsze mnóstwo nagabywaczy, którzy proponują przejechać się dorożką lub rikszą albo wypożyczyć rower. Straż miejska robi "naloty" na nich i zabiera im rowery, bo nie są przypięte. Widzimy następującą sytuację: podbiega pseudo właściciel do strażnika, który odprowadza rower do furgonetki i zaczyna się rozmowa: "Dlaczego zabieracie ten rower, zostawcie."; "Proszę ze mną, zapłaci Pan mandat i otrzyma Pan rower"; "Właściwie to nie mój rower." :-D Szybciej ukradnie kolejny niż będzie płacić mandat, proste. Strażnik zabiera rower, pan się gdzieś "ulatnia".
W Central Parku przygotowania do jutrzejszego nowojorskiego maratonu. Prawdopodobnie jest to najważniejszy maraton w Stanach. Przygotowano promenadę, ostatnią prostą przed metą, gdzie postawiono flagi państw skąd pochodzą uczestnicy maratanu. Polska flaga oczywiście też jest. :-) DJe, wielki namiot, policja, helikopter, zabawa w pełni kontrolowana. Pogoda była piękna, więc był idealny dzień by zobaczyć Brooklyn Bridge nocą. W metrze oczywiście, jak to w weekend, kolejna trupa śpiewająca. 

Link;: 
https://www.youtube.com/watch?v=lo3-o0JZiY4&feature=youtube_gdata_player

Na moście mnóstwo turystów i rowerzystów. Kiedyś chciałabym z niego zjechać, ma duże nachylenie i można naprawdę rozwinąć  sporą prędkość - śmigali jak wiatr. Widok przepiękny i tylko pozazdrościć tym co mieszkają w loftach w Williamsburg, bo taki widok mają codziennie.