czwartek, 7 listopada 2013

30.10.2013, Środa, dzień 19

We wtorek mailowo skontaktowałam się z Agatą (Mój adres korespondencji w Stanach.), czy nie przyszło coś do niej z jakiegoś urzędu dla mnie?; jest, przysłali Social Security Number! W związku z tym, z Agatą umówiłam się na lunch o 12:00 na Greenpoint'cie, bo tam znajduje się firma w której pracuje. Dwie przesiadki i wysiadam na skrzyżowaniu Greenpoint Ave. z Manhattan Ave. i biegnę, bo już jestem spóźniona - jak zawsze. Na ulicy stoi Pani i Pan, Pan po chwili woła "Margaret!" i już wiem, że jestem na właściwym miejscu. Poszłyśmy z Agatą na ciastko i kawę do polskiej cukierni. Panie sprzedawczynie nawet nie silą sie na "Good morning", tylko od razu "Dzień dobry, co podać?". Przeniosłam się na dwadzieścia minut do Polski wchodząc do tej cukierni. Za szybką makowiec, szarlotka, sernik z jabłkami i kruszonką, sernik wiedeński, torciki, babeczki z owocami, wszystko wyglądało przepysznie. Kawa latte i crousaunt z malinami - idealne połączenie. Agata opowiada mi, że po 11 września, dużo ludzi mieszkających na Manhattanie przeniosło się na Greenpoint z obawy przed nastepnymi atakami, a lokalizacja jest bardzo dobra, bo dwie stacje od Manhattanu, a około pięć do Times Square. Poprzez tę migrację ceny wynajmu mieszkań bardzo wzrosły i część Polaków przeniosła się do Maspeth i Ridgewood. Niektóre miejsca nadal nie cieszą się dobrą opinią, ale dzielnica podobno zdecydowanie poprawiła swój status. Rozmawiamy o zupełnych przciwieństwach, i nie w kontekście Polska vs. Stany a Stany vs. Europa. Mówi, że nawet będąc tutaj 10 lat trudno kupić jej niektóre amerykańskie produkty, zawsze lepiej jednak polskie. Po spotkaniu z Agatą postanawiam przejść się po okolicy. Nawet tutaj mnie lubią, tylko oczywiście tutaj jestem czarna. :-) Zauważam również stary budynek szkoły, gdzie pozostały dwa wejscia, jedno dla dziewczynek drugie dla chłopców - dobre, angielskie wychowanie. Wstąpiłam również na pocztę po znaczki. Stanęłam jak słup soli, kiedy ujrzałam wręcz kuloodporne szyby i system przekazywania paczek. U nas jest roleta lub "zasłonka", natomiast tutaj cała procedura - szyba po stronie obsługi przesuwa się w górę by ją otworzyć, paczkę kładzie się w pustej przestrzeni między szybą klienta a obsługi, obsługa zamyka szybę od swojej strony, wówczas można przesunąć sworzeń, by klient mógł przesunąć swoją szybę do góry. Poziom bezpieczeństwa jak w laboratorium chemicznym. Myślałam, że te znaczki otrzymam w takiej samej formie jak paczkę, ale nie, tylko przez małą szparkę w szybie.  Ciekawostka - znaczki w US przyklejane są jak naklejki, zatem nie da się polizać jak w Polsce. :-)
Drobne zakupy warzywne w polskim sklepie, czysta przyjemność popatrzeć na polskie marki za oceanem.Czas wrócić do Ameryki.

Postanowiłyśmy wysprzątać pokój, by nie oddychać kurzem. Zatem wybrałyśmy się na małe zakupy w okolicy, ale również zrobić pranie. Jak dobrze wiecie z filmów, pralnie są publiczne. Bardzo często w mieszkaniach nie ma pralek, a jak są to w piwnicy dla całego budynku, czyli też publiczne. Leonardo zostawił Carli proszek do prania, ja przywiozłam tabletki piorące a w pokoju znalazłyśmy płyn do płukania, czyli cały zestaw gotowy. Kolejny rodzaj ściany płaczu, pomijając bankomat, czyli system płatności za pranie. Z automatu wychodzi karta z paskiem magnetycznym. Kartę wkładamy ponownie i naciskamy "doładuj kartę", wkładamy banknoty i po chwili gotowe. Pan nam wytłumaczył co dalej. Każda pralka i suszarka ma wejście na kartę, należy kartę włożyć i wyjąć a potem nastawić program, jeden z trzech: cold, warm, hot, nawet nie ma nastawiania ilości obrotów wirowania - śmieszne proste. Za pranie pobierane jest $2,25 za suszenie $0,30 z karty (oczywiście ceny zależą od pralni). Suszenie musiałyśmy włączyć trzy razy, bo się bałyśmy włączyć od razu na poziom "hot", ponieważ wszystkie ciuchy polskie mają na metce informację o zakazie suszenia w suszarce bębnowej. Nie wiem dlaczego, bo i tak się z nimi nic nie stało, choć suszą się dłużej. Carla kupiła spodnie tutaj i po jednym włączeniu na "warm" już były suche. Po godzinie spędzonej w pralni i godzinie sprzątania, czas na nowość - Snickers Almond. Recenzja smakowa - migdałów niewiele, nugatu dużo, za słodkie, w sumie takie sobie, ale spróbować trzeba było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz